Wideo ze wspinaczki w nowej ziemi, kamieniołom ściana zachodnia. Droga paluch o stopniu trudności VI.1 Czytaj dalej

Dwa pierwsze dni wiosny obdarowały nas doskonałą pogodą, blisko dwadzieścia stopni i słonko na niebie. Wykorzystując doskonałe warunki  Czytaj dalej

Dziś w w moim życiu zagościła epoka kamienia łupanego. Wraz z Marcinem, Sewerynem, Bosym i jeszcze kilkoma osobami miałem niesłychaną przyjemność wspinać się w kamieniołomie w Nowej Ziemi.

Piękne miejsce, stary kamieniołom pochłonięty przez naturę. Na wznoszącej się kilkanaście metrów w górę ścianie z piaskowca znajduje się blisko 30 dróg,większość wyposażona w stałą asekurację stanowiska zjazdowe. Miejsce z gigantyczną dawką dobrej energii dostarczyło nam niesamowitej frajdy.

Udało mi się zrobić cztery różne drogi na poziomie V,V+. Ale nic to w porównaniu z ambitną i twardą walką jaką przyszło toczyć Marcinowi i Sewerynowi, Bosy podpuścił chłopaków do pokonania okapu na drodze VI+, mimo odpadnięć, efektownych lotów i głośnych stęknięć przy nie udanych próbach po kilku razach udało im się pokonać ścianę w niezłym stylu. Wielki szacun za walkę do końca. I jeszcze serdeczne pozdrowienia dla dziewczyn za doping i kiełbaski.

Nieopodal niewielkiej miejscowości Proboszczów leży niesamowita góra zwana Ostrzyca. Wznoszący się nawysokość 501 m n.p.m. Czytaj dalej

Zimowy spływ Kwisą to nasz czwarty spływ tą rzeką i trzeci z projektu Cztery razy Kwisa.W tej przygodzie towarzyszy nam Marcin i podobnie jak to miało miejsce jesienią spływ połączony jest z jazdą na rowerach.

Poranek dzień I

Zegarek pokazuje 6:30, pod dom podjeżdżają moi towarzysze. Krótka wymiana zdań, kontrola ekwipunku i sprawnie pakujemy bagaż do samochodu. Nasz pierwszy przystanek Ruszów, mała miejscowość gdzieś w borach dolnośląskich. Po godzinie jazdy docieramy na miejsce, jest zimny poranek a słońce dopiero wschodzi, pakujemy kajaki na auto i kierujemy się do Kliczkowa. Po dotarciu do brzegów rzeki Kwisy w Kliczkowie pozostawiamy kajaki i niezbędny ekwipunek z którym zostaje Marcin. My jedziemy dalej, kolejny przystanek Trzebów, to ostatni punkt spływu tu zostawiamy auto i wracamy 30 km rowerami do Kliczkowa. Zostawiamy rowery w pobliskim gospodarstwie i organizujemy śniadanko by nabrać siły przed spływem.

Początek spływu Kliczków, pakujemy graty

Początek spływu Kliczków, pakujemy graty

cdn.. 

Czytaj dalej

Pomyślałem że to żart, kiedy godzinę przed wyjazdem dostałem sms od Seweryna z pytaniem czy mam kompaktową łopatę do śniegu. Jeszcze dokładnie nie znałem celu podróży ale gdzie u licha w promieniu 100km, bo dalej raczej nie jedziemy, może być tyle śniegu że potrzebna będzie łopata ?

Kierunek Szklarska Poręba

Późno już do chwila po 21:00 kiedy wyjeżdżamy w kierunku Szklarskiej poręby. Wystarczyło że wyjechaliśmy kawałek za Złotorię a przekonałem się że pomysł z łopatą nie był wcale żartem. Temperatura -1 i spada, śniegu już trochę leży a z nieba sypie obficie. Na śliskiej drodze kierowcy, zaskoczeni bardziej niż drogowcy, kręcą piruety na śliskiej nawierzchni. Kiedy dojeżdżamy do Szklarskiej jest już prawie północ, masa śniegu, ciągle pada i jest rewelacyjnie. Powoli i dokładnie pakujemy plecaki i ruszamy na szlak.

Seweryn gotowy do marszu, plecaki spakowane czołówki zamontowane...

Seweryn gotowy do marszu, plecaki spakowane czołówki zamontowane…

Zimowy biwak pod chmurką

Jest już chwila przed trzecią kiedy po kilku godzinach brnięcia w śniegu i przy jego obfity opadzie postanawiamy biwakować. Zimowe biwaki to dla nas nie nowość, przerabialiśmy noclegi w hamakach w temperaturze ok -15°C i wiedzieliśmy że damy radę. Ta noc nie była wyjątkowo zimna bo temperatura nie spadła poniżej -8°C. Około trzeciej nad ranem rozwieszamy płachtę biwakową i wieszamy pod nią hamaki, używane przez nas hamaki są dwu warstwowe, między warstwy wkładamy karimatę. Śpiwory to żaden nowoczesny puchowy sprzęt, kupiliśmy je w demobilu za 70zł, wcześniej używali ich żołnierze Bundeswehry. Śpiwory te są niesamowicie solidne, na tle obecnego sprzętu turystycznego wręcz niezniszczalne, zamki mają takie że jak wejdzie Ci w niego palec to się zamek z palcem zamknie, są bardzo ciepłe i komfortowe, poza tym po prostu nie szkoda ich ekstremalnie używać. Jedyny mankament jaki mają to waga i rozmiar, śpiwór zajmuje prawie całą 35 litrową komorę plecaka, ale przyzwyczailiśmy się do nich i chyba jeszcze z nami zostaną.

Ja tradycyjnie śpię bez butów w dwóch parach skarpetek i jednych spodniach plus kalesonach x2, niestety spodnie mam mokre od brnięcia w śniegu i zapomniałem zapakować spodni zimowych do plecaka, ale bez paniki nie jest aż tak zimno. Buty przykrywam stuptutami i stawiam na śniegu, wiem że rano minie chwila nim uda mi się włożyć nogę do zimnego i zesztywniałego buta, ale tak jest mi wygodniej. Seweryn będzie miał rano cieplutkie buty bo w nich śpi.

Hamaki wiszą ok 50-70 cm nad ziemią/śniegiem, prawdziwą sztuką jest sprawnie wejść do śpiwora leżąc w hamaczku, to nie łóżko, buja się jak łódka na falach. Trochę szamotania i już leżę w cieplutkiej norce, doskonale odizolowany od podłoża, chroniony przed wiatrem i z ogrzewaczem zippo  w kieszeni. Przez pierwsze minuty ma się nadtemperaturę,wejście do hamaka w ciepłym ubraniu a potem jeszcze układanie się wygodnie potrafi nieźle rozgrzać, kilka minut i śpię jak niemowlę.

Budzę się ok szóstej i trącam ręką płachtę, śnieg pada bez przerwy, i nazbierało się go tyle że płachta szura mi o hamak. Kilka stuknięć i można spać dalej.

Śnieżny poranek

Budzimy się kilka minut przed 9:00, śnieg już nie pada i zapowiada się niezły dzień. Wypijamy po kubku ciepłej herbatki, która się ostała w termosie. Rozglądamy się po okolicy i sprawnie pakujemy naszą bazę, przy okazji w plecaku znajdują się moje spodnie zimowe. Przed godziną dziesiąta już raźno maszerujemy szlakiem w kierunku schroniska Pod Łabskim Szczytem.

Nasz biwak z rana do spakowania została tylko płachta

Nasz biwak z rana do spakowania została tylko płachta

Prawdziwa zima

Z każdym krokiem przybliżającym nas do wysokości 1168m, bo na takiej wysokości leży pierwszy punkt naszej wędrówki, pogoda staje się coraz bardziej surowa. Przenikliwy wiatr wynajduje wszystkie zakamarki którymi może nas ochłodzić, widoczność spadła do ok. 30-40m, a z nieba znów sypie drobny i twardy śnieg.  Po około godzinie docieramy do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Tu, nieco zdziwiona, chyba naszą obecnością, wita nas starsza Pani. Przeglądamy listę dań ciepłych i wybieramy flaczki. Jesteśmy jedynymi gośćmi tego schroniska i trochę dziwnie się czuje bo jestem przyzwyczajony że w takich miejscach zwykle bywa gwar. Wszystko pewnie przez pogodę, to pierwszy atak zimy w tym roku, amatorzy się wystraszyli a zawodowcy jeszcze nie przyjechali ;). I po około kwadransie jest jedzonko. Flaczki pyszne i polecam serdecznie (może po tej nocy w śniegach miałem taki apetyt). Między czasie w schronisku zjawia się para turystów zmierzających na Szrenicę. Kończymy jedzenie i uzupełniamy gorącą herbatę w termosach. Pakujemy toboły i w drogę.

1:0 dla zimy.

Kiedy wychodzimy na zewnątrz wchodzimy w bardzo nieprzyjazny świat. Wiatr wieje strasznie, twarde i drobne kryształki śniegu tną po twarzy, a szlaku nie widać. Idziemy w górę w kierunki grani, ale po stu metrach brnięcia w śniegu po pas musimy zawrócić i się przeorganizować. Wracamy do schroniska, przebieram spodnie na zimowe i próbujemy znów.

Nasza droga na grań

Nasza droga na grań

 Po tyczkach do celu

Szybko orientujemy się że powyżej granicy lasu kolorowe oznaczenia szlaku umieszczane na kamieniach, drzewach czy drogowskazach na niewiele się zdadzą. Zimowe warunki każą nam iść prosto ku górze wzdłuż drewnianych tyczek wbitych co kilkanaście metrów. Jak bezradne marionetki przebijamy się przez śnieg znacząc szlak który nikt nie podążał, co jakiś czas przecinamy ślady nart skiturowca (szczęściarz). Ciągłe zapadanie się w miękkim i sypkim śniegu kosztuje nas masę energii, przystajemy co kilkadziesiąt metrów by złapać kilka oddechów i dalej w górę. Po pewnym czasie dochodzą do nas Kasia i Rafał, para którą widzieliśmy w schronisku, to jedyni ludzie jakich spotykamy w terenie . Teraz idziemy w czwórkę, zmieniamy się co jakiś czas by każdy poczuł radość przedzierania szlaku ;). W normalnych warunkach ta trasa zajmuje ok godziny, my po półtorej godziny nie dotarliśmy nawet do grani, na której jest droga prowadząca do Szrenicy. Ze względu na późną porę i ograniczony czas Kasia i Rafał wycofują się w dół. Zostajemy sami i brodzimy w białym puchu dalej. Widoczność coraz mniejsza, czasem z oczu znikają tyczki znaczące szlak. Wreszcie docieramy do wypłaszczenia na szczycie, teraz dalej  Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskie do schroniska Szrenica.

Wojtek Równanek w drodze na Szrenicę

Wojtek Równanek w drodze na Szrenicę

W schronisku

Wreszcie dochodzimy, zamawiamy jedzenie, ja pierogi Seweryn kiełbasę z rusztu. Pierogi bardzo dobre, kiełbas z rusztu owszem ale ruszt był w lecie, dwa lata temu 😉 Pani pyta nas czy zostajemy w schronisku na noc, odpowiadam że schodzimy na dół. Kończymy jedzenie i zbieramy się do drogi. Na dworze już ciemno więc przed wyjściem przygotowujemy sobie czołówki.

_MG_6328

Freeriderzy na  jabłuszkach

Teraz już łatwiej bo w dół, z informacji ze schroniska wiemy że trasą dla narciarzy jechał już ratrak i postanawiamy schodzić właśnie tą trasą przynajmniej ograniczy to nasze zapadanie się w śniegu. Kiedy dochodzimy do stoku przypominamy sobie że mamy jabłuszka do zjazdów na pupie, zabraliśmy je z samochodu jako łopatki do odgarniania śniegu pod biwak. Stok świeżo przejechany widzieliśmy jadący ratrak i mimo że śnieg nie jest twardy i nasze jabłuszka zapadają się w nim pod naszym ciężarem i sporych plecaków to czasem udaje się zjechać kilkadziesiąt metrów w dół. Po niespełna dwóch godzinach docieramy do Szklarskiej poręby.

Piękna wyprawa i niesamowite doświadczenia – pozdrowienia dla uczestników.

Jest takie miejsce gdzie kończą się Sudety a zaczyna się Nizina Śląska. Wzdłuż tej malowniczej , geologicznie wyjątkowej i bardzo bogatej w złoża mineralne krainy ,wiedzie piękny szlak. Szlak Brzeżny zwany również Krawędziowy, bo o nim tu mowa, wiedzie od Złotoryi do Bolkowa i częściowo pokrywa się z innymi szlakami przedgórza Kaczawskieg

Ambitny plan

Cały szlak Brzeżny liczy sobie 40km, my decydujemy się na odcinek 30km. Zostawiamy samochód w miejscowości Kwietnik gdzie mamy zamiar zakończyć nasz rajd, drugim samochodem jedziemy do Leszczyny i tu rozpoczyna się nasza przygoda.

Leszczyna-Stanisławów

Rozpoczynamy w Leszczynie, małej malowniczo położonej wsi gdzie przed laty wydobywano cenne minerały. Pozostałości po eksploatacji tego terenu przez średniowiecznych mieszkańców widać po dziś dzień.

Piec wapiennik na czerwonym szlaku z Leszczyny do Stanisławowa

Piec wapiennik na czerwonym szlaku z Leszczyny do Stanisławowa

Stanisławów-Bogaczów

Skrzyżowanie szlaków w Stanisławowie

Skrzyżowanie szlaków w Stanisławowie

Do Stanisławowa docieramy już jak rasowi turyści, nogi po kolana ubrudzone błotem którego nie brak na szlaku. Korzystając z okazji że we wsi znajduje się fajna i otwarta wiata urządzamy sobie śniadanko. Teraz pełni energii idziemy dalej, większość szlaku prowadzi przez tak zwany Mniejszy Las, idziemy malowniczym odcinkiem a brak liści na drzewach odsłania piękne panoramy, po kilku kilometrach doprowadza nas do Bogaczowic. Ta składająca się jedynie z czterech domów pozostałość po XV wiecznej osadzie jest dziś siedzibą leśnictwa oraz służby leśnej.

 Bogaczów-Jeżyków

Idziemy pod górę wąwozem, szlak pnie się coraz wyżej i po ok 3km docieramy do niewielkiej polanki gdzie szlak zielony odbija na Górzec, my jednak kierujemy się dalej szlakiem czerwonym  przez Chełmiecki Las. Przed Jeżykowem korzystamy z wiaty turystycznej i urządzamy mały postuj, jest bardzo zimno a wiatr potęguje uczucie chłodu, ciepła herbata dobrze nam robi.

szlak-brzezny-krawedziowy-leszczyna-stanislawow-bogaczow-chemiec-mysliboz49

Wiata turystyczna na trasie Jeżykowem – Myślibórz

 

Myślibórz x2

Po energicznym marszu docieramy do Myśliborza, to piękne miejsce słynące z rezerwatu przyrody Wąwóz Myśliborski. My jednak omijamy słynny wąwóz i kierujemy się dalej na Radogost. Po drodze odwiedzamy bar Kaskada, bar raczej tylko z nazwy bo bardziej przypomina restaurację. Jedzenie tu doskonałe, szybko podane a kelnerki urodziwe. Jest już ciemno kiedy wychodzimy na szlak, resztę drogi musimy oświetlać latarkami. Zmęczenie daje się we znaki, do końca jeszcze kawałek a morale coraz słabsze. W ciemności gubimy słabo oznaczony szlak i wychodzimy znów koło Myśliborza. To zdarzenie trochę nas dobija tym bardziej że teraz znów pod górę. Mobilizujemy się maksymalnie i ruszamy dalej.

Wieża Radogost

Bardzo zmęczeni docieramy w okolice miejscowości Kłonice , tu na wznoszącym się 398m  wzniesieniu Radogost (dawne miejsce kultu Słowian) znajduje się niesamowita budowla. Zbudowana pod koniec XIX wieku, i przywrócona do łask na początku lat 90 budowla znajduje się w centralnym fragmencie wzgórza. By na nią wejść musimy wpierw pokonać spore wzniesienie które nie jest nam po drodze, Seweryn przekonuje nas że warto nadrobić trochę trasy i odwiedzić to miejsce. Wreszcie wchodzimy na górę, jest zajebiście, niesamowity klimat, magiczna panorama. Widać Karkonosze z świecącymi w dolinach miastami, na niebie czarno i czuć że coś nadchodzi. Strasznie wieje, chronimy się na półpiętrze i przygotowujemy szybką herbatkę, i dalej do celu już blisko.

Widok z wieży Radogost

Nocny widok z wieży Radogost w kierunku Karkonoszy

Grobla – Kwietniki

To już ostatni odcinek, jeszcze tylko kawałek powtarzam pod nosem. Oznaczenie szlaku fatalne, a jego droga wiedzie przez zaskakujące miejsca. Często przystajemy, kręcimy się i szukamy oznaczeń, wreszcie mijamy wieś Groble, w sercach pojawia się radość bo to już ostatnia miejscowość przed Kwietnikami. Wreszcie dochodzimy do samochodu, rozciągnięci na 150m, każdy w swoim, ale żółwim,tempie.

Radość i zmęczenie

Potwornie zmęczenie, obolali i milczący wsiadamy do samochodu, Seweryn odwozi nas do Leszczyny gdzie mamy drugie auto, tu się z nim żegnamy i jedziemy do domu. Krzysiek zasypia po kilku minutach i budzi się po 20km pytając czy to Złotoryja? Nie to Chojnów ( 16km dalej) odpowiadam. Wreszcie wszyscy bezpieczni w domach, kładę się do wanny i rozkoszuje zmęczeniem.

Jest w tym coś niesamowitego, wielki wysiłek od którego większa jest tylko radość jego pokonania 

 

 

Ostatni weekend miałem okazję wraz z Rafałem dreptać szlakami i bezdrożami Przedgórza Kaczawskiego. Czytaj dalej

Wkręciliśmy się w te kajaki całkiem mocno, trzeci raz w tym sezonie popłyniemy wodami czystej i dzikiej Kwisy. Czytaj dalej

Staje na platformie, wpinam bloczek zjazdowy, przepinam karabinki zabezpieczające. Spoglądam przed siebie, generuje milion myśli i Czytaj dalej

W ramach świętowania 32 urodzin sprawiliśmy sobie z Sewerynem mały rajd po Rudawach Janowickich. Mglista jesienna aura przepleciona Czytaj dalej

Kolejny raz spływamy Kwisą i Bobrem, warunki zdecydowanie gorsze i dużo zimniejsze przygody. Czytaj dalej