Ta wyprawa jak mało która nie była wyjątkowo spontaniczna, wręcz przeciwnie, tu wszystko było zaplanowane. A dacie wyjazdu wiedzieliśmy wcześniej niż miejscu do którego się udamy. Pierwsze plany miały na celu jakąś chatkę w Karkonoszach, nie udało się. Ale jako że mieliśmy 4 dni to można było zrobić jakiś ambitny wyjazd. Przejrzałem mapy i wyznaczyłem wielką pętlę przez trzy szczyty należące do KGP. W optymalnym założeniu miało być do przejścia ok 50-55 km i zaliczyć Rudawiec, Kowadło i w ostatni dzień Śnieżnik.

Wszystkie noclegi mamy zamiar spędzić w terenie. Zapowiadają się spore mrozy dlatego dokładnie planujemy trasę i miejsca noclegu, przez lokalizację noclegów trasa nie jest najkrótsza z możliwych. Na pierwszą noc wybieramy schron turystyczny, na drugą wiatę na przełęczy i ostatnią noc w legendarnej chatce pod Śnieżnikiem. Zabieramy ze sobą wszystko co będzie nam niezbędne przez kolejne dni. Mimo optymalizacji plecak z całym ekwipunkiem, jedzeniem i sprzętem waży ponad 20 kg.

Sebastian zjawia się pare minut po siódmej, wrzucam plecak do auta i siadam wygodnie. Przed nami prawie dwieście kilometrów do miejsca startu. Samochód chcemy zaparkować w Kletnie, gdzieś w okolicach jaskini niedźwiedziej. Na miejsce docieramy nieco spóźnieni w stosunku do planu, a dodatkowo jest problem z parkingiem. Stróż na parkingu liczy sobie 60zł na 4 dni, a to cena nie do przyjęcia. Jedziemy autem niżej, i przed Kletnem udaje się nam zaparkować na parkingu przed starym zajazdem. Zmiana miejsca parkingowego to dla nas dodatkowe 5-6 km w dwie strony.

Na początku jest najłatwiej

Wychodzimy z auta i ubieramy się do drogi. Jest mroźnie bo ok -8C, pochmurnie ale bezwiecznie. Chwilę trwa nim ciało przyzwyczai się do ciężaru plecaka. Idziemy żółtym szlakiem w górę, docieramy do pierwszego parkingu przed jaskinią (tego drogiego 🙂 ) i tu odbijamy na trasę biegową by dojść do niebieskiego szlaku. Idzie się bardzo fajnie, śniegu jest sporo, miejscami ponad metr, ale dobrze zmrożony przez co nie zapadamy się w nim. Po 10 km robimy przerwę, zjadamy obiad i nawadniamy organizmy. Dalej na zielony szlak, prowadzący wzdłuż granicy, doprowadza nas Droga Staromorawska. Dziadek mróz dał czadu i widoki w koło nas iście bajkowe.

Na Rudawiec i do schronu

Robi się ciemno, ciągle pod górkę a szlak już nie jest taki wygodny. Wydeptane w śniegu ślady tworzą wąski mas nie zapadającego się śniegu, krok w prawo lub w lewo i brniemy po kolana. Mamy coraz mniej sił a droga ciągnie się strasznie. Podejście na Rudawiec zdaje się nie mieć końca. Nie idziemy już równym tempem, a każdy w swoim. Zaczyna wiać, chmury schodzą nisko i robi się bardzo wilgotno. Jest minus 15℃ a wiatr strasznie potęguje uczycie zimna. W ciemnościach i tej mgle ciężko nam znaleść szczyt, jakieś stare ślady rozchodzą się w różnych kierunkach a oznaczeń szlaku nie widać. Wreszcie gdzieś w ciemności przed nami błyska odbite od tabliczki szczytowej światło. Padamy tu zmęczeni strasznie, cieszymy się że już tylko w dół. Przenikliwe zimno wygania nas szybko ze szczytu, po 100m zejścia muszę się zatrzymać i ubrać dodatkową kurtkę. Zielony szlak wiedzie nas teraz w dół do granic Rezerwatu Puszcza Śnieżnej Białki. Mamy już dość, plecaki wżynają się nam w ramiona, a jeszcze trochę do przejścia. Ostatni kilometr, trzeba być czujnym bo gdzieś tu musimy dobić w kierunku schronu turystycznego. A o pomyłkę nie trudno, szlak nie jest oczywisty, wszystko zasypane śniegiem już wcześniej musieliśmy nadłożyć drogi przez pomyłkę. Wreszcie droga, z mapy wynika że za 500m powinien być nasz cel. Wreszcie z ciemności wyłania się nienaturalny kształt, dzieło człowieka, piękny schron turystyczny. Zrucamy z ramion ciężkie plecaki, po krótkiej chwili odpoczynku, gotujemy herbatę i po zaspokojeni pragnienia idziemy na poddasze.

Przez Kowadło na Suchą Przełęcz

Noc była zimna, po poniżej -15C ale nie zmarzliśmy, męczyły nas trochę skurcze ale udało się wypocząć. Wstajemy ok 9:00 i powoli się rozgrzewamy. Topimy śnieg na herbatę, chwila ruchu na rozgrzewkę i próbujemy rozpalić ognisko. Mamy sporo drwa i jest miejsce do palenia. Problem w tym że wszystko jest strasznie zmarznięte, brak suchej rozpałki i wszędzie śnieg. Trochę trwa nim udaje się coś rozpalić, niestety utrzymanie ognia jest praco chłonne i rezygnujemy z ogniska.

Leniwie zbieramy się do drogi, i późno bo ok 11:30 wychodzimy z nocnej bazy i ruszamy dalej. Dziś ma być łatwiej, trasa krótsza, plecaki trochę lżejsze i mniej podejść. Tak wynikało z analizy mapy, mamy dokładne mapy i staramy się jak najkorzystniej pokonywać trasę. Dość sprawnie docieramy na Kowadło ale z dodatkowymi kilometrami, robimy tu przerwę obiadową i chwilkę odpoczywamy. Jest zimno i za ok godzinę będzie ciemno. Mamy do przejścia jeszcze 8 km, tak wynika z mapy, ale znajdujemy kilka skrótów które mają nam zaoszczędzić czasu i drogi. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna, co innego wodzenie palcem po mapie a co innego marsz w terenie. Brak uwagi kosztuje nas utratę 2 km które teraz trzeba odrobić i to w górę. Podejście jest dobijające, jeszcze nigdy droga mi się tak nie dłużyła, strasznie nas suszy, woda w butelkach pozamarzała a w termosie już się skończyła. Co chwila mam wrażenie że już widzę polanę na Suchej Przełęczy, ale nie to tylko droga rozszerz się na chwilkę. Ogarnia nas ogromna radość, w świetle pełnie księżyca, pojawia się wielka polana, do które z każdej ze stron świata dochodzi jakiś szlak, a ja mam wrażenie że ten nasz napewno najgorszy.

Jest tu też nasz dom na noc, niewielka, nie przystosowana do noclegów wiatka/desczochron. Pierwsze co to topienie śniegu, Sebastian niechcący rozlewa gotującą się wodę. Zaczyna od nowa, w małej ciasnej wiatce miejsca jest nie wiele, i znów szturcha maszynkę do gotowania i bach woda na ziemi. Poddaje się ze zmęczenia idzie spać, po chwili gotowa jest herbata, ale Sebastian już śpi. Budzi się jeszcze po 40 minutach by się napić i odpływa do rana. Spał na dość szerokiej ławce. Mi udało się zamontować hamak i spałem tak jak lubię.

Chatka Pod Śnieżnikiem – żywa legenda

Dziś nie będzie ociągania się, wstajemy o 8:00 i o 9:00 jesteśmy gotowi do wymarszu. Spało się doskonale i mamy świetne nastawienie, bo przecież dziś noc w luksusach. Nastawiamy się na czujność, dziś nie ma być błędów, ani metra w złą stronę. Na niebie co jakiś czas za chmur przebija się słoneczko. Pierwsza część trasy w dół i równą, szeroką drogą. Teraz zaczyna się podejście na Śnieżnik, powoli, rożnym tempem pokonujemy metr po metrze. Spotykamy 3 turystów, byli w chatce i potwierdzają  że właściwie idziemy. Im wyżej tym podejście bardziej strome, najmocniej czujemy to kiedy schodzimy z zielonego szlaku leśną ścieżką pniemy się w górę chatki.

Mordercze podejście, ale już koniec, odsłoniętym terenie stoi dumnie chatka. Klimat tego miejsca jest nie od opowiedzenia, trzeba wszystkich zmysłów tam na miejscu by odczuć całą magię. Niewielki przedsionek, zagracony starymi narzędziami do drewna, przez skrzypiące drzwi z żelazną zasuwą, prowadzi do głównej izby. Absolutnie pierwszą rzeczą jaka nas tu doświadcza jest zapach. Napewno nie jest to smród, ale wyszukana mieszanka zapachów w której dominuje zapach wędzonego drewna. Na środku, po lewej stronie tuż przy oknie stoi stół, a na stole półtora litrowa butelka, jak wynika z etykiety bimbru. Jest dość czysto, na półkach jakieś jedzenie w puszkach, trochę świec i naczyń. Na przeciwko stołu stoi durzy piec kaflowy połączony z kuchnią.  Dalej kolejna izba z 3 pryczami do spania i sporo ilością miejsca na podłodze. Wejście na durze poddasze znajduje się tuż obok pieca.

Nigdy nie wiesz co się zdarzy

Pierwsza czynność to rozpalenie w piecu, jest jeszcze resztka żaru po poprzednim paleniu i dość szybko rozpalamy ogień. W chacie jest sporo sprzętu do cięcia rąbania drewna a przed chatą jest materiał do palenia. Przygotowujemy zapas drwa, w wielkim aluminiowym garze topimy śnieg. Jest rewelacyjnie, ciepło, najedzeni napici i będzie się wygodnie spało. Siedzimy przy małym, zaszronionym okienku, gdy nagle Sebastian zwraca uwagę na jakiś błysk światła w oddali. Po chwili znów, a do tego jakieś głosy.
Ktoś już jest przy chatce, i próbuje otworzyć drzwi, jak się poźniej okaże to Wojtek, mój imiennik, jeden z 8 nocnych wojowników zakonu Mocnego Promila. W chacie zrobiło się gwarno, jedni się ogrzewają inni coś jedzą cześć planuje gdzie będzie spało. Generalnie ekipa bardzo w porządku, wprowadzają sporo radości i dobrego humoru w ciemne ściany chaty. Rozmawiamy coś popijamy i co chwila buchamy śmiechem, bo to miejsce nie jest do końca jest przyjazne dla „homo-urbanus”.

Przed spaniem postanawiamy z Sebastianem zrobić sobie specjalny zabieg na zmęczone stopy. Przygotowujemy wielki gar gorącej wody, i kilka sporych brył lodu. Gorącą wodę wlewamy do miski i moczymy nogi które poźniej wkładamy do zmrożonego śniegu. Kilka takich cyki regeneruje nas niesamowicie. Pora spać bo już blisko północy a jutro jeszcze podejście na szczyt Śnieżnika i powrót do Kletna. Wesoła ekipa równie wesoło deklaruje powstrzymać się od nadmiernych hałasów. Po jakimś czasie cześć, trochę wyciszyła, cześć już śpi ale cześć wojuje. I tak po grubo po północy, za ścianą z koca, jeden z przybyszy zaczyna opowieść o pewnym wazonie w domu rodzinnym. Jego sposób wypowiedzi, autentyczność przekazu i przezabawna historia rozbawiają nas do prawdziwe łez.

Tej nocy spaliśmy z przerwami i wstaliśmy nieco oszołomieni niedospaniem. Było strasznie gorąco, śpiwory w tych warunkach nas zagotowały, było ok zera a to zdecydowanie za wysoko jak na ten sprzęt. Wstajemy wcześnie, w chatce Sajgon, wszędzie ktoś śpi, w koło puste butelki. Ktoś grzeje się przy wygasłym już piecu, ktoś próbuje go rozpalić. Zjadamy śniadanie i żegnamy się chłopakami. Oni jeszcze tu pomieszkają, traktując chatkę jako bazę wypadową. Ta noc i miejsce napewno długo zapadną nam w pamięć.

Śnieżnik

Chatka znajduje się na wysokości ok. 1200 m n.p.m. a szczyt Śnieżnika na 1426 m n.p.m. ostatnie 226m. Wydaje się niewiele, ale jeszcze sporo trasy, wpierw trawers po sporym zboczu a potem strome podejście. Im wyżej tym teren bardziej odsłonięty, wiatr wieje, śnieg skrzypi pod stopami a my zbliżamy się do szczytu, ciarki przechodzą nas po plecach. Wiatr pędzi przed nami chmury i co raz to zasłania to odsłania widok przed nami. Po jednym z podmuchów odsłania się rzeźba słonia stojąca obok fundamentów schroniska po czeskiej stronie granicy. Szczyt Śnieżnika schowany w chmurach, przy skrzyżowaniu szlaków więcej ludzi. Spotykamy tu turystów którzy widzieli nas noc wcześniej na Suchej Przełęczy, rozmawiamy chwilę i żegnamy się serdecznie.W drodze na szczyt jeszcze jedna atrakcja, źródło rzeki Morawy. Wypijamy ze źródła po kubku krzepiącej wody i idziemy dalej.
Po chwili jesteśmy na szczycie, wieje strasznie, widoczność ok 50m. Kilka zdjęć, z puszki ukrytej w drogowskazie wyciągam pieczęć, kilka mocnych chuchnięć i przybijam we właściwe miejsce w książeczce KGP.

 

Szczęśliwy powrót

Teraz już tylko w dół, po drodze odwiedzamy schronisko pod Śnieżnikiem i tu wypijamy po jednym browarku. Popijamy i prowadzimy bardzo fajną rozmowę z siedzącymi stolik obok turystami. Nie zasiadujemy się jednak za długo i opuszczamy schronisko. W nogach czuć przebyte kilometry, ramiona mocno obolałe ale w sercu wielka radość i duma. Do auta jeszcze ok 6 km, ale pod drodze odwiedzamy jeszcze Jaskinię Niedźwiedzią. Oprowadzający nas przewodnik, zapytał nas : „spaliście w chatce? bo pachniecie jak chatka, a tak nic innego nie pachnie”. Poźniej zapytał czy bimber jeszcze jest, bo jak był miesiąc temu to jeszcze był. Po tym wesołym akcencie mocno zmęczeni drepczemy ostatnie kilometry w kierunku końca naszej trasy. Dochodzimy do samochodu, zrzucamy plecaki i rozsiadamy się w fotelach, chwila na ochłonięcie i czas wracać. Szczęśliwie docieramy do domu.

Urzeczony pobytem w Chatce Wielkanocnej postanowiłem kontynuować ten trop i odwiedzić inne Karkonoskie chatki. Chatek jest sporo, i w różnym stanie. Niestety nie udało się zgrać terminów z chłopakami i przygodę tę „musiałem” przebywać sam. Jako cel wybrałem Chatkę AKT, to jedyna chatka w Karkonoszach w której na stałe przebywa opiekun tz Chatar.

chatka-akt

Nocne ścieżki

Najdogodniejszym miejscem startowym do taj chatki jest Jagniątków i czarny szlak prowadzący na grań Karkonoszy. Było już po 19:00 kiedy dojechałem do parkingu przy pensjonacie  Nad Wodospadem, tu zostawiłem auto i udałem się w kierunku czarnego szlaku. Dość szybko zobaczyłem oznaczenia szlaku i zgodzie z instynktem ruszyłem przed siebie. Niewielki wiatr, temperatura ok -5C, jest nawet trochę śniegu idzie się raźnie. Plecak trochę wyładowany i ma swoją wagę ale już się do tego przyzwyczaiłem i po rozgrzaniu idzie się dobrze. I nagle po ok godzinie marszu, zerkam na mapę i coś mi nie pasuje. zerkam dokładnie i okazuje się że idę dobrym szlakiem ale w złym kierunku. Czarny szlak przechodzi przez Jagniątków ale nie schodzi w dół tylko zawraca w górę. Określam moją pozycję, kierunek do chatki i postanawiam iść leśnymi ścieżkami na skróty. Na mapie wyglądało to zdecydowanie lepiej, wszystko zasypane śniegiem, spora cześć ścieżek zarośnięta. Miejscami las, młodnik tak gęsty że nie do przejścia i trzeba obchodzić. Byłem bardzo szczęśliwy kiedy wreszcie odnalazłem szlak czarny i wiedziałem że jestem we właściwym miejscu. Od wysokości 800m npm jest już nasypane spora pokrywa świeżego śniegu. Szlak stromo, ale bardzo równo pnie się w górę, kiedy zbliżam się do wysokości 1000m npm zaczynam bacznie się rozglądać. Gdzieś tu może troszkę wyżej jest zejście na ścieżkę prowadzącą do chatki. Niestety w tych warunkach, i porze wszystko wydaje się takie samo. Staram się wypatrzyć jakieś ślady, jakieś znaki coś co nakieruje na trop. Chatka nie jest naniesiona na mój GPS i nie mogę jej zlokalizować. Z odczytu mapy wiem że jestem gdzieś blisko, schodzę ze szlaku i idę na przełaj. Brnę w śniegu i coraz mniej mi się to podoba, wreszcie coraz więcej skałek i coraz większe, to znak że blisko Hutniczy Grzbiet. Zatrzymuje się by znów się odnaleźć, błąkam się jeszcze trochę aż wreszcie ślady. Wyraźnie zaznaczona ścieżka, a na ścieżce ślady!!! Po śladach odnajduję miejsce docelowe. Jest północ kiedy otwierają się drzwi i spokojny głos prosi bym zostawił buty na zewnątrz i wszedł do środka.

Pierwszy kubek herbaty

Masywne, drewniane drzwi otwierają się tylko częściowo, bo wypaczona podłoga je blokuje. Wciskam się z moim plecakiem i stoję w małym pomieszczeniu. Nie ma tu światła, oświetlam to miejsce czołówką i widzę drzwi i drabinę na piętro. Wchodzę przez drzwi i jestem w dużej izbie, jest ciepło, bardzo czysto a całość oświetlona świecami. Wita mnie Blady, taką ksywę nosi Adam Kaczmarski który jest obecnie chatarem.

chatka_akt_karkonosze (1 of 22)

Siadam przy stole i już po chwili dostaję kubek herbaty. Adam oznajmia że pierwszy kubek zawsze się dostaje a kolejne nalewa się samemu w kuchni. Popijam herbatę i zaczynam wypakowywać jedzenie. Przed wyjazdem dzwoniłem do Bladego i pytałem co potrzebuje, zabrałem trochę warzyw, kiełbasę i świeżą prasę. Rozpakowałem się, rozwiesiłem ubrania i upajam się klimatem tego miejsca.

chatka_akt_karkonosze (2 of 6)

Otwieramy przyniesione winko i rozlewamy po kubku. Między czasie dowiaduje się że idzie tu jeszcze 3 turystów, mieli dojechać z Wrocławia i ruszyć ok 20:00 może poźniej. O godzinie 1:00, Adam dzwoni do chłopaków ale telefon milczy. Mówi że może nie dojechali albo śpią gdzieś na dole. Kończymy butelkę wina i rozmawiamy o historii tego miejsca. Nagle o godzinie 2:15 dzwoni telefon Bladego. Mają szczęście że ma zasięg, ja dzwoniłem po wskazówki kilka razy ale nie było zasięgu u Bladego. Mówią że nie wiedzą gdzie iść i że są gdzieś na czarnym szlaku chyba. Adam nie jest pocieszony że musi teraz wyjść na zewnątrz. Ale tłumaczy chłopakom gdzie mają czekać i że my im wyjdziemy na przeciw.

Na ratunek

Adrenalinka mi skoczyła, akcja nocna. Od razu widzę żę dla Andrzeja to nie pierwszyzna, nawet mnie to nie dziwi bo sam się nałaziłem nim trafiłem. Ubieramy się i wychodzimy, przy wyjściu Adam zdejmuje z wieszaka gwizdek. Klasyka gatunku, podstawa ratunkowa i nieodłączny element apteczki górskiej. Mam taki, sprezentował mi go wraz z apteczką Seweryn. Na głowę montuje moją mega mocną latarkę z diodą cree, ten prezent od Przemka to prawdziwy potwór wśród latarek. I wychodzimy, sypie śniegiem, wieje wiatr i jest mroźno. Adam idzie jak nakręcony, bez problemy porusza się w terenie i prowadzi w umówione miejsce. Wszystko świeżo zasypane śniegiem i nie widać szlaku, jedynie przejścia między drzewami dają znać gdzie iść. Po około 30 minutach dochodzimy do umówionego miejsca, ale nie ma tu nikogo. Próbujemy nawiązać kontakt przez gwizdanie, ale nikt nie odpowiada. Czekamy chwilę i czynność powtarzamy. Aż wreszcie słychać w oddali wołanie. Głosy się zbliżają i po pewnym czasie widać i latarki czołowe. Zapędzili się za wysoko, jeden to nawet ostro bo czekamy na niego jeszcze trochę. Trzech chłopaków, w moim wieku, raczej wysportowani, dobrze ubrani ja na warunki i nie znaleźli (hehehe). Wracamy do chatki, Blady pokazuje też miejsce gdzie powinno się odbić z czarnego szlaku na ścieżkę do chatki. Ale bez znajomości miejsca nie ma możliwości by trafić na ślad ścieżki, wszystko jest takie samo a przesmyk nie wyróżnia się szczególnie. Wracamy trochę dłużej, zbłąkani koledzy niosą plecaki i mają już dość terenowych harców.

chatka_akt_karkonosze (1 of 6)

Pierwsza noc

Wreszcie jesteśmy w Chatce, znów przyjemnie. Tu rozgrywa się akcja jakiej dawno nie widziałem, otóż jeden z turystów zapakował jajka do plecaka. Zapakował je ,tak jak kupił, na samą górę plecaka, teraz siedzi i wyciera wszystko z jajecznej brei. Mamy z tego kupę śmiechu i co chwila ktoś dosadza jakimś tekstem w kierunku pechowego kolegi.

Jestem zmęczony, żegnam się z pozostałymi gośćmi i wychodzę na poddasze. Miałem spać na hamaku ale już późno i nie mam ochoty szukać mocowania. Kładę się spać na jednym z wielu materacy rozłożonych na podłodze. I zasypiam szybko, budzę się jeszcze na chwilkę kiedy wraca reszta ekipy. Noc mija szybko i chętnie pospało by się jeszcze, ale szkoda czasu.

Życie w chatce AKT

chatka_akt_karkonosze (4 of 6)

Rano wszyscy schodzą się do izby z kuchnią i stołem. Jest tu klasyczny klimat zadbanej samotni. Głównym elementem jest tu stół, piękny drewniany i pokaźnych rozmiarów. Tu zbierają się wszyscy do rozmów, posiłków i kiedy pije się coś mocniejszego. My siadamy tu na śniadanie, jednym z elementów etykiety tego miejsca jest wspólne spożywanie posiłków. W części pomieszczenia jest urządzona kuchnia, dobrze zaopatrzona, z klasyczną żeliwną kuchnią na opał. Na kuchni stoją dwa wielkie garnki, jeden z herbatą a drugi z gorącą wodą. Obok na ścianie wisi wielka aluminiowa chochelka do nalewania tych płynów. W kuchni stoi też zbiornik na wodę. I zajmujemy się w pierwszej kolejności, w parach po dwie osoby z wiadrami idziemy po wodę. Woda do chatki noszona jest z oddalonej ok 50m studni. Każdy robi kurs i po kilkunastu minutach mamy ok 60l wody w kuchni. Teraz można napić się kawy i coś zjeść. Przy śniadaniu rozmawiamy o planach na sobotę. Blady mówi że wieczoram może się zjawić jeszcze kilka osób. Chłopaki idą na drugą stronę granicy na dobrego browarka. Ja jeszcze dokładnie nie wiem.

Mroźna wycieczka

Jest dość wietrznie i zimno kiedy wychodzimy na zewnątrz gotowi do wycieczki. Sporą nadzieje dają odsłaniane z rzadka błękitne fragmenty nieba. Idziemy razem po naszych nocnych śladach i dochodzimy do czarnego szlaku. Idąc w górę po 30 minutach dochodzimy do czerwonego szlaku. Tu się rozdzielamy, chłopaki schodzą na czeską stronę. Ja idę dalej czerwonym na Czarną Przełęcz. Pomyślałem że odwiedzę moją miejscówkę z początku roku. Wieje okropnie, zdecydowanie najmocniej z moich tego rocznych wypadów. Nie zabrałem termosu ale mam maszynkę do gotowania.

chatka_akt_karkonosze (20 of 22)

Kiedy dochodzę do wiatki na przełączy rozmawiam jeszcze chwilkę z ludźmi którzy właśnie wychodzą. Poźniej zostaje sam i nastawiam sobie wodę na herbatę. Ucieszył mnie fakt że wstawili drzwi, kiedy tu spałem ostatnio nie było ich. teraz to naprawdę doskonała miejscówka na nocleg. Po chwili wpada dwójka Czechów, para a biegówkach, dziewczyna się trzyma, ale koleś jest ostro wytargany. Mam mało wody więc idę po śnieg by dosypać do kubka na gazie. Kiedy wracam ze śniegiem koleś grzeje się przy mojej maszynce. Przeprasza mnie ale mówi że musi się ogrzać bo nie czuje rąk. Woda się gotuje, Czech się grzeje podjadamy czekoladę. Wypijam kubek gorącej herbaty i zbieram się do wyjścia. Wracam do chatki, dziś nie dzień na chodzenie. Schodzę na szlak zielony i trawersuję do czarnego, poźniej już łatwo bo znam drogę. Po Południu wracam do bazy, chwilę poźniej robi się ciemno.

Stali bywalcy

chatka_akt_karkonosze (22 of 22)

W sobotę wieczorem w chatce zjawia się kilka osób, głównie stali bywalcy. Czują się jak u siebie i doskonale się znają. Siedzimy wszyscy w kuchni przy stole i rozmawiamy na różne tematy. Między czasie ktoś robi jedzenie i po niedługim czasie na stół wjeżdża patelnia z kolacją. Zjadamy wspólnie posiłek, zaraz poźniej wracają nocni wędrowcy. Między czasie jeszcze ktoś przychodzi ktoś wraca na dół. Atmosfera trochę ospała, ciepło chatki rozleniwia a zmęczenie dniem usypia. Siedzę jeszcze trochę i zbieram się na górę. Tym razem mam już zawieszony hamak i nocspędzę w mój ulubiony sposób

Odwilż

Wczesnym rankiem budzą mnie głosy zbierających się Wrocławian, starają się być dyskretni ale ciężko im idzie. Wreszcie schodzą i jest cisza, słychać tylko odgłosy z kuchni która jest pod poddaszem. Ale jeszcze zasypiam, budzę się przed 10:00 i pakuje plecak. Kiedy schodzę na dół jest już kilka osób, Blady jeszcze śpi. Zjadam śniadanie, wypijam kawę i ubieram się do wyjścia. Jeszcze tylko pamiątkowy wpis w książce meldunkowej. Okazuje się że Wrocławska ekipa zmieniła plan i zeszli na dół a nie jak wcześniej planowali na czeską stronę. Kiedy wychodzę na zewnątrz wszystko staje się jasne, jest odwilż! Wszystko płynie, śnieg mokry, z drzew kapie woda i jest wyjątkowo nieprzyjemnie. W dzień łatwo odnajduję ścieżkę w dół, po mokrej i śliskiej drodze schodzę do auta. Kiedy jestem przy samochodzie w koło nie ma śladu po zimie.

Może jeszcze wróci…

Nieoczekiwanie, jakiś miesiąc temu, dostałem informację od Sebastiana że ma wolny termin na 3 dniowy wypad. Informacja ta bardzo mnie ucieszyła, bo po ostatnim samotnym wypadzie brakowało mi wyprawy w towarzystwie. Niecierpliwie odliczałem dni do 11 lutego. Wreszcie piątek, godzina 7:00, Sebastian jest po mnie. I tu zaczyna się przygoda, ale by dopełnić opowieści zaczniemy ją kilka dni wcześniej.

Szukając ciekawych miejsc

Kilka dni przed wyjazdem wstępnie ustaliliśmy że celem będą Karkonosze. Szukając czegoś ciekawego natrafiłem na historię chatek Karkonoskich. Istnieją w Karkonoszach tz. chatki, domki myśliwskie, schrony…
Oddalone od szlaków, ukryte w nierównościach terenu i doskonale zakamuflowane roślinnością. Miejsca mało kiedy zaznaczone na mapach, a dzieją się tam ciekawe rzeczy. I tak po długich poszukiwaniach, kontaktach, kilku telefonach, udało się załatwić Klucze do Chatki Wielkanocnej. Dodatkowo zwróciliśmy się do KPN (Karkonoski Park Narodowy) o zgodę na wejście na zamknięty szlak by dotrzeć do Chatki.

karkonosze_sniezne_kotly_2

 

Kierunek Chatka

Początek wędrówki rozpoczyna się w Jagniątkowie. Tu zostawiamy samochód, przeglądamy sprzęt i dopinamy plecaki. Nie ma tu śniegu, ale jest zimno. Wolnym tempem ruszamy w górę kierując się na Rozdroże pod Śmielcem. Idziemy wolno, bo kamienie śliskie, bo plecaki ciężkie i jeszcze się organizmy nie przyzwyczaiły. Po 40 minutach rozgrzewamy się już dość dobrze. Idziemy w górę i z każdym krokiem przybywa śniegu. Wieje mroźny wiatr i nakręca małe zadymki. Kiedy dochodzimy do Rozdroża pod Śmielcem, śniegu jest już po kolana. Od ostatniego opadu śniegu nikt tu nie chodził i cała trasa nie przetarta. Robi się jeszcze ciekawiej kiedy idąc zielonym szlakiem mijamy krzyżówkę pod Wielkim Szyszakiem. Od tego miejsca szlak jest zimą zamknięty dla turystów, chodzi głównie o ochronę przyrody i możliwe lawiny przy śnieżnych zimach. Na szczęście w czasie naszego pobytu nie było żadnego zagrożenia lawinowego.

karkonosze_sniezne_kotly_6

Ostatnia krzywa

Im bliżej celu tym warunki coraz gorsze, wiatr wieje mocno, goniąc przed nami chmury i tylko czasami odsłania się grań. Zostało nam 500 metrów, poruszanie się jest bardzo trudne, śniegu miejscami po pas, regularnie zapadamy się po kolana stąpając po przewianej skorupie śniegu. Zachodzimy się z tej niemocy, i schodzimy za nisko. Teraz znów w górę w tym zapadającym śniegu. To krążenie kosztuje nas masę sił, i jesteśmy wykończeni. Wreszcie pojawia się zwiastun! Mały drewniany kibelek, znak że 100m dalej jest nasz cel. Dochodzimy tam, błądząc jeszcze po drodze kilkukrotnie.

Chatka Wielkanocna

Kiedy wreszcie tam jesteśmy i stoimy przed tym małym, urokliwym i tajemniczym miejscem na myśl przywołują się wszystkie historie o ludziach którzy weszli do pustego domu w środku lasu. Drewniana konstrukcja przypomina mi budowlę z jakiejś bajki. Drzwi bardzo solidne, zamknięte na kłódki i zaryglowane porządnie. Zdejmujemy kłódki i wyjątkowym i niespotykanym kluczem otwieramy pierwsze drzwi. Za nimi kolejne, te już bardzo delikatne i przeszklone. Otwieramy je do środka i wchodzimy a do głowy nasuwają się historię wszystkich gości.

Ten niewielki domek myśliwski otrzymał swoją nazwę w 1967 roku kiedy to grupka ludzi spędziła tu Wielkanoc. Było to dla nich tak skrajnym i mocnym przeżyciem, że od tej pory na wspomnienie tej nocy zaczęli używać określenia Chatka Wielkanocna. Nazwa się przyjęła i funkcjonuje do dziś. Chatka jest zamknięta i bez kluczy nie można się tu dostać. Aby dotrzeć i przenocować w tym miejscu trzeba się postarać…

Ciepło kominka

Pierwsza rzecz którą robimy po wejściu do chatki to rozpalenie w kominku. Temperatura wewnątrz poniżej zera, wiadra z wodą skute lodem. Kominek czeka na rozpalenie, przygotowane drwa, rozpałka, przesuszone drewienka na start. Już po kilkunastu minutach, mamy przyjemny ogień. Po godzinie ciepło kominka zaczyna wypełniać izbę i mamy ok 10 stopni. Trochę osuszamy sprzęt  i zjadamy dobry obiadek. Między czasie przeglądamy mapę i planujemy wycieczkę.

Wielki Szyszak i Śmielec

Jest już po 14:00 kiedy jesteśmy gotowi do wyjścia. Na dworze pochmurno i wieje bardzo mocno, wszędzie ponawiewane śniegu i spory mróz. Wracamy po naszych śladach na szlak zielony. Teraz już tylko w górę, szlak bez śladów tylko biały śnieg. Coraz mocniej czuć że zbliżamy się do grani wiatr wieje jeszcze mocniej. Zaliczamy Wielkiego Szyszaka, zaczyna się ściemniać, i nim dochodzimy do Śmielca jest już ciemno. Kompletnie zasypanym szlakiem, idąc przez Rozdroże pod Śmielcem wracamy na szlak zielony a nim dochodzimy do naszej chatki.

To był mocny dzień i brnięcie w świeżym śniegu dało nam popalić. W chatce jesteśmy bardzo zmęczeni, ogarniamy się i jeszcze przed 22:30 idziemy spać.

Rześki poranek

karkonosze_sniezne_kotly_28Budzimy się około godziny 7:00, w kominku wygasło a temperatura jest lekko ponad zero. Przymusowe opuszczenie chatki, mróz ładnie trzyma. Na dzień dobry rozpalamy w kominku, mamy już wprawę więc idzie sprawnie. Grzejemy się i robimy śniadanie, szykujemy też coś na wycieczkę i gotujemy wodę do termosów.

Między czasie postanawiam wyskoczyć na zewnątrz tylko w gatkach i po nacierać się śniegiem. Odwieczna ciekawość zaspokojona, organizm po rozgrzewce plus dawka adrenaliny spokojnie daje radę. Już kilka minut po natarciu jest mi ciepło.

 

Raz a dobrze

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy 2 wyjścia, wpierw na łabski szczyt i powrót czerwonym szlakiem przez grań. Kolejne to temat otwarty. Warunki jakie nas spotkały szybko zweryfikowały nasz plan. Późne wyjście, połączone z trudnymi warunkami. sprawiły że przejście, pierwszej zaplanowanej trasy, zajęło nam dużo więcej czasu. Pierwszy wydeptany szlak spotykamy dopiero w Okolicach schroniska pod Łabskim Szczytem. Na łabski szczyt idziemy wpierw drogą zimową na grań i poźniej czerwonym w kierunku śnieżnych kotłów. Widoczność bardzo słaba, ale kiedy docieramy do śnieżnych kotłów doskonale widać wielkie nawisy śnieżne wiszące nad spadzistymi ścianami kotła.

Idziemy dalej i jak dzień wcześniej przechodzimy przez Wielkiego Szyszaka i Śmielca. Do chatki dochodzimy równo z nocą, jej odnalezieni zajęło nam sporo czas.

 

Wpis na pożegnanie

 

Sobotni wieczór spędzamy w chatce popijając piwko. W niedziele wstajemy rano, sprzątamy w chatce, uzupełniamy drewno. Kiedy jesteśmy gotowi do wymarszu jest przed dziesiątą. Sprawdzamy wszystko dokładnie i pozostaje nam tylko ostatni, przyjemny obowiązek. Wpisujemy się do książki meldunkowej. Wpierw Sebastian jako numer 4769 a poźniej ja jako 4770.

Zamykamy dokładnie chatkę i zaczynamy schodzić w kierunku Jagniątkowa. Zgodnie z planem w południe jesteśmy przy aucie. Tu kończy się ta przygoda i pozostaje pewien niedosyt.

 

Sam nigdy sobie takiego pytania nie stawiałem, ale wielu ludzi w koło pyta mnie po co samemu chodzić w góry? Przecież to niebezpieczne, przecież nudno samemu no i strach tak bez nikogo. Otóż nie, samotność w górach jest wspaniała! Możliwość przemierzania szlaków samemu, we własnym tempie i z własną wrażliwością daje człowiekowi możliwość poznania prawdziwej natury tego miejsca. Ostatnie wędrówka w Karkonoszach utwierdziła mnie w tym przekonaniu.

Rozpoczęcie sezonu 2016

Pierwszego dnia nowego roku zjawiłem się w Karpaczu około godziny 13:00 i zaparkowałem auto w Karpacz, Wilcza Poręba. Stąd zielonym szlakiem chciałem dojść na Śnieżkę i tam po obserwatorium spędzić noc. Miejsce wybrane nie przypadkowo, a celem noclegu było sprawdzenie nowego śpiwora zimowego. Dojście z tego miejsca na najwyższy szczyt Karkonoszy zajmuje ok 3 godzin. Ale ja się nie spieszyłem, mając na nogach nowe buty i plecak z zestawem biwakowym i prowiantem na 2 noce w górach nie dreptałem za szybko. Po 15 minutach marszu, przy skrzyżowaniu szlaków, spotkałem rodzinkę. Pytają jak na Śnieżkę się idzie, trochę się zdziwiłem bo ubrani raczej miejsko, z dzieckiem ok 10-12 letnim w kozaczkach. Pokazuje im mapę i tłumacze jak mają iść, pytam czy mają latarki bo jak będą schodzić będzie ciemno, tak mamy w telefonie. Sugeruje że na górze są inne warunki niż tu, że wieje bardzo i temperatura ok -10, ale mówią ze ok i że dadzą radę.

 

karkonosze_czarna_przelecz_10

Po około 2 godzinach dochodzę do czeskiego schroniska Jelenka na wysokości 1285 m n.p.m. Zostawiam plecak i wchodzę do środka, pełno ludzi ale właśnie zwalnia się stolik. Siadam i zamawiam piwko, wyciągam kabanosy i podjadam co nieco. Kiedy po ok 45 minutach mam się zbierać do wyjścia do schroniska wchodzi spotkana na dole rodzinka. Poliki czerwone, banany na gębie, rozglądają się w poszukiwaniu miejsca. Wołam ich do stolika i pytam jak się idzie? No spoko tylko wieje i zimno. Pytają ile jeszcze na tą Śnieżkę? Mówię ok godzinki muszą iść. Rozmawiamy jeszcze chwilkę i nasze drogi się rozchodzą.

karkonosze_czarna_przelecz_11

 

Od schroniska w górę warunki znacznie się pogarszają, jest mglisto, wieje silny wiatr a szlaki śliskie i oblodzone. Spotykając kilku turystów po około godzince dochodzę na Śnieżkę. Wieje bardzo silny wiatr, jest mroźno i bardzo mgliście. Obiekt zamknięty, impreza wewnętrzna, na górze kręci się garstka turystów. Robię obchód i uznaje że w tych warunkach nie ma gdzie spędzić nocy. Postanawiam zejść do Domu Śląskiego i tam zaplanować dalsze działania. Zejście trochę trwa bo strasznie ślisko i trzeba uważać, zapada noc kiedy dochodzę do schroniska. W środku spokój, prawie nikogo. Zamawiam jedyny posiłek jaki się został po Sylwestrze czyli krokiety. Jem i studiuje mapę. 12 km dalej, na czarnej przełęczy jest wiatka turystyczna, tam zamierzam spędzić noc. Trasa w lecie na lekko to ok 4 godzin, w tych warunkach ok 5-6. więc ok północy powinienem dotrzeć do celu.

Granią do celu

Wychodzę z Ciepłego Schroniska i czerwonym szlakiem idę w kierunku Odrodzenia. Na szlaku mijam tylko 2 osoby. Ciemno już i turyści powracali do baz. Wiatr się uspokoił i mimo -10 stopni nie jest zimno, marsz doskonale rozgrzewa. Po ok 3 godzinach jestem w Schronisku Odrodzenie. Tu impreza po sylwestrowa, masa ludzi, fajny klimacik. Na stołach jedzenie alkohol. Zagaduje do mnie chłopak z jakiejś grupy, czy się na nockę wbijam bo na imprezkę do siebie zapraszają. Mówią że idą od schroniska do schroniska i śpą na glebie. Propozycja bardzo kusząca, jetem już zmęczony a jeszcze z 2-3 godzinki tuptania. Postanawiam przełamać granicę komfortu i wyjść na spotkanie przygodzie.

karkonosze_czarna_przelecz_14

Ostatni etap nocnej wędrówki idzie zaskakująco dobrze, to bliskość miejsca na nocleg tak mnie chyba napędza. Mijam Kocioł Wielkiego Stawu, mijam Słonecznik i wiem że już blisko, coraz częściej wypatruje celu a czas się przez to wlecze. Nagle w świetle latarki na nieprzetartym szlaku pojawia się wiatka. Dotarłem, wielka radość i ulga. Jest lepiej niż się spodziewałem, wiatka nowa, w bardzo dobrym stanie. Na dole jedno pomieszczenie w którym są 3 ławki i niewielka drabinka prowadząca na poddasze. Na poddaszu można się kimnąć, mieszczą się tam 3 osoby (jak trzeba pewnie więcej).

Popijam ciepłą herbatkę z termosu i zastanawiam się gdzie powiesić hamak? Z jednej strony jest drabinka, to doskonałe miejsce, ale z drugiej tylko goła ściana z desek. Ale świecę po tej ścianie latarką, wypatruje dziurę po sęku. Przepycham tam sznurki od hamaka i zakładam expres po drugiej stronie. Zawieszenie doskonałe! Ogarniam swoje graty, już leże ciepłym śpiworze. Nocą ma być do -14, a wiatka nie ma drzwi, ma to jednak swój plus, co jakiś czas przez wejście widzę piękne gwieździste niebo. Zasypiam.

Wiata - Czarna Przełęcz

Wiata – Czarna Przełęcz

Piękny wschód słońca

Jak zwykle ze snu budzi mnie siła z którą nie można wygrać, musze się wysikać! Spałem doskonale, było mi ciepło, tylko buzia trochę czerwona. Nie wiem która godzina, jest już widno i zaraz wzejdzie słońce. Jedna z nielicznych chwil kiedy chmury odsłaniają widok na góry. Postanawiam wykorzystać chwilę i montuję kamerkę by robiła zdjęcia do filmu time lapse. Sam w tym czasie zjadam śniadanie i pakuje ekwipunek. W chwili kiedy wyruszam znika widok na góry a w koło pojawiają się chmury.

karkonosze_czarna_przelecz_7

Przeglądam mapę i postanawiam zrobić wypad na Czeską stronę i powoli kierować się w kierunku Karpacza. Wędrówka jest nieco monotonna, słaba widoczność, śliskie i oblodzone miejsca. W drodze powrotnej zachodzę do Odrodzenia by w spokoju icieple napić się herbatki. Później zielonym szlakiem schodzę do Karpacza. Jest ok 20:00 kiedy dochodzę samochodu.

Oficjalne rozpoczęcie sezonu 2016!!!

 

Pod koniec wakacji miałem przyjemność, wędrować ścieżkami i bezdrożami w okolicach jeziora Pilchowickiego. Moim towarzyszem w tej wyprawie był Rafał. Plan zakładał start z okolic zapory, okrążenie jeziora i powrót przez most kolejowy nad jego wodami.

Druga co do wielkości zapora w Polsce, 16 listopada 1912 nastąpiło jej oficjalne otwarcie przez ówczesnego Cesarza Wilhelma II i od tamtej pory funkcjonuje po dziś dzień. Obiekt monumentalny i dający świadectwo częściowego ujarzmienia natury przez człowieka.

Po koronie zapory i okolicznych ścieżkach kręci się trochę turystów, sporo obco krajowców. Nie poświęcamy wiele czasu na studiowanie tej budowli, i zaraz po przejściu przez koronę zapory znikamy w leśnych drużkach.

Zapora_Pilchowice

Marsz na orientację i wrażliwość

Nie mamy wyznaczonej trasy a jedynie ogólny plan przejścia, kierujemy się tam gdzie jest ładnie, gdzie nogi niosą i gdzie iść można. Kroczymy drogami polnymi, przecinamy pastwiska porozrzucane po okolicznych pagórkach. W końcu docieramy do miejsca gdzie na stromych i urwistych zboczach w koło jeziora prowadzą wąskie i kręte ścieżki wydeptane przez wędkarzy. Rozglądamy się uważnie i szukamy miejscówki na noc.

jezioro_Pilchowice

Znajdujemy wspaniałe  miejsce na nocleg, to delikatnie wysunięty cypel, z którego rozciąga się wspaniały widok. Mamy też „szczęście” widzieć skutki suszy. Poziom wody jest krytycznie noski, ślady na brzegach, pozostawione przez wodę jednoznacznie rysują stan „normalny”. Już przy zaporze widać było że wody jest mało a czym dalej tym gorzej. Nasz plan szybko ewoluuje i za cel bierzemy dno jeziora, kolejnego dnia mamy zamiar zejść na dół i poruszać się dalej częściowo wyschniętym zbiornikiem.

Noc pod gwiazdami

Hamaki rozwieszamy kilka metrów w las, tak nas nie zawieje, a sami rozkładamy się do wieczornego posiłku. Jest jeszcze jasno a my mamy piękne widoki na otaczające wodę zbocza, noc zapowiada się pogodnie. Sączymy winko i delektujemy się gwieździstym niebem. Jeszcze przed świtem budzą mnie odgłosy przedzierającego się niedaleko wędkarza, kręci się gdzieś po okolicy próbuje znaleźć miejscówkę, ja śpię dalej. Rano na jeziorze widać sporo  łodzi, a w każdej wędkarz i pewnie każdemu marzy się wielka ryba. Wiele rozrywki dostarcza słuchanie rozmów między „banderami”, proste, zwięzłe i niecenzuralne słowa „kapitanów”, pozwalają przekazać wiele informacji, jednocześnie minimalizując płoszenie ryb.

jezioro_Pilchowice

 

W górę i w dół

Poranek wita nas wschodzącym słońcem, promienie leniwie docierają do naszej bazy między drzewami. Powoli pakujemy obóz i szykujemy śniadanko. Przy jedzeniu staramy się wybrać linię naszej trasy, a przede wszystkim miejsce w którym zejdziemy na dno zbiornika z urwistych zboczy. Wybieramy, oddalone o około 500m dalej, niezbyt gwałtownie opadające zejście i podążając wzdłuż lini jeziora tam się kierujemy. Przez pokryte piachem a cześciowo już zarośnięte dno wolno płynie, a raczej stoi koryto rzeki, woda jest i organicznie brudna. Kierujemy się w górę gdzie powoli prąd rzeki nabiera na sile. Po pewnym czasie znajdujemy się w malowniczej dolinie między wzgórzami, gdzie wartki strumień wody ciska się przez głazy pokrywające koryto rzeki.

GOPR4476

Woda jest coraz szersza a my nadal po niewłaściwym jej brzegu, idziemy coraz dalej szukając dogodnego miejsca na przeprawienie się na właściwy brzeg. Wreszcie docieramy do jakiegoś starego progu wodnego i in przechodzimy. Teraz zaczyna się prawdziwa eksploracja, brak jakichkolwiek ścieżek a zbocza naprawdę stronę, idziemy tak raz w górę raz w dół kierując się na stary most kolejowy. Wreszcie opuszczamy strome zbocza i pagórki i wychodzimy na łąki, Okrążamy najdalej wysuniętą część jeziora i wchodzimy na ścieżkę prowadzącą do naszego celu. Po drodze znów mijamy dziesiątki wędkarzy i po raz kolejny widzimy łodzie na jeziorze. Wreszcie zmęczeni ale naładowani pozytywnymi emocjami docieramy do najwyższego mostu kolejowego w Polsce. Z lekkim stracham przechodzimy po leciwych deskach, których często brakuje, na jego drugą stronę. Po kilkunastu minutach dochodzimy do miejsca naszego wyjścia i kończymy przygodę.

most_kolejowy_jezioro_Pilchowice

Kolejne szczyty do korony, podążając w kierunku wschodnim ku Tatrom i Bieszczadom przyszedł czas na Sudety środkowe i wschodnie. Moim towarzyszem w tej wyprawie jest Rafał, funkcjonujący w ostatnim czasie zgodnie z zasadami zdrowego stylu życia (jedzonko, bieganko i ćwiczonka) bardzo chętnie zgodził się na dzielenie zemną szlaku.

Pierwszy szczyt który mam zamiar dopieczętować do KGP to Szczeliniec Wielki, i dlatego zaczynamy od Karłowa. Mała i malownicza wioska tuż u stup najwyższej góry Gór Stołowych to nasz punkt startu. Szczyt traktujemy tylko jako punkt przejściowy i rozgrzewkę przed kolejnymi dniami na szlaku, Góry Stołowe mam już schodzone wiec tym razem tylko formalność. W najwyższym punkcie góry stawiamy się ok 22:00, przybijam pieczątkę, robimy szybkiego browarka na tarasie przed schroniskiem i schodzimy w dół szukać miejsca na nocleg. Po godzinie marszu nasze hamaki wiszą już rozpięte na drzewach. Zjadamy kolację i trochę gadamy przy winku. Po wyjątkowo spokojnej i ciepłej nocy pakujemy obóz i ruszamy ku właściwym celą.

Nocowanie w hamaku w lesie w gorach

Nocowanie w hamaku

Orlica – pierwsze znaki burzy

Na najwyższy szczyt polskiej części Gór Orlickich i Sudetów Środkowych ruszamy z Zieleńca. Kiedy zjawiamy się tam rankiem ok 10:00, ta pięknie położona miejscowość, znana wszystkim miłośnikom narciarstwa, opanowana jest przez miłośników rowerów. Właśnie trwają przygotowania do jakiegoś wyścigu, patrząc na różnice w terenie, liczne podjazdy i zjazdy, niejednokrotnie bardzo strome, przyznać trzeba że kondycje muszą mieć. My tylko wypijamy kawę i już po chwili szukamy dogodnej miejscówki na pozostawienie auta. Po krótkim rekonesansie decydujemy się na pozostawienie samochodu kawałek za Zieleńcem tuż przed wejściem na szlak. Jest tu niewielki parking na trzy może 4 auta. Wraz z nami, z tego samego miejsca rusza małżeństwo z córką. Ja jeszcze postanowiłem zostawić w aucie wszystko co się da by iść możliwie jak najbardziej na lekko (oj będę tego żałował).

Orlica Szczyt

Orlica Szczyt

Na Orlicę mamy ok. godziny marszu. Wejście jest spokojne, jednolicie nachylone, idealne na rozgrzewkę. Trzeba tylko mieś się na baczności bo w pewnej chwili, trochę niespodziewanie szlak odbija w wąską ścieżkę i łatwo ten moment przegapić. Jeszcze dziesięć minut i jesteśmy na Orlicy. Nic szczególnego, szczyt bez wyraźnego najwyższego punktu, ot taka polana na górze z kamiennymi tablicami oznaczającymi szczyt. Nasi znajomi ze szlaku trochę zdziwieni że już są na szczycie, spodziewali się dłuższej trasy. Postanowili wiec zejść i zaliczyć jeszcze tego samego dnia kolejny ze szczytów KGP, ten sam na który my kierujemy się pieszo, najwyższy szczyt gór Bystrzyckich, Jagodna. Żegnamy się z nimi i zjadamy małe śniadanko. W tle zaczyna być słychać oznaki burzy. Choć rankiem nic nie zapowiadało opadów, to doskonale wiemy jak szybko ta sytuacja może się odmienić, góry nawet te nie najwyższe to jednak góry.

Masarykova chata

Mokre dupy

Schodzimy na czeską stronę góry i idziemy dalej w kierunku schroniska Masarykova chata. Po chwili spotykamy grupkę polskich turystów, młodzi ludzie trochę wystraszeni nadciągającą burzą. Pytają czy turystyczna wiata w której się schronili jest bezpieczna. Oceniliśmy to miejsce jako bezpieczne a sami nieco przyspieszonym krokiem ruszyliśmy dalej. Szlak w tym miejscu wiedzie przez malownicze leśne drogi i idzie się bardzo przyjemnie. Po kilkunastu minutach zaczyna padać, spotykamy niemieckich turystów, pytają gdzie mogą się schować przed deszczem, polecamy wiatę 20 minut od nich. Kiedy my dochodzimy do Masarykova Chata zaczyna się ostra ulewa. Chowamy się w małej wiacie przed schroniskiem z kilkoma innymi ludźmi. Pioruny walą na około a z nieba leje się rzeka wody, Rafał twierdzi że jak tak leje to może maź potrwać 20 minut. I faktycznie po jakichś 20-30 minutach przestaje padać i rozpogadza się.

Masarykova chata

Masarykova Chata

Ruszamy dalej bo już dość straconego czasu, jest przyjemnie, fajne powietrze po deszczu. Ale nasza radość nie trwa długo, po 10 minutach rozpoczyna się kolejna ulewa z burzą. Pada strasznie, zasuwamy w dół tak szybko jak się da, ale już po chwili nie ma sensu szukać schronienia, jesteśmy przemoczeni. Pioruny dudnią w koło, w deszczu i pośpiechu gubimy szlak, mimo że idziemy we właściwym kierunku to droga jest asfaltowa. Po godzinie, mamy naprawdę dość, a miejsca na wysuszenie nie widać, mijamy jakąś wioskę w której jest jakaś restauracja, ale właściciel jak nas zobaczył powiedział że nie ma miejsc. Idziemy dalej już na polską stronę. Wreszcie przestaje padać, robimy przerwę na leśnej drodze w słonecznym miejscu. Musimy się trochę ogarnąć. Okazuje się że mój plecak jest przemoczony razem z zawartością. Na szczęście wieje i jest mocne słońce i po około godzinie udało się wysuszyć ubrania, śpiwór, hamak. Do schroniska Jagodna dochodzimy ostro dojechani.

Suszenie sprzętu

Suszenie sprzętu

Schronisko Jagodna – przyjazny dom

Przemoczenie i zmęczeni a ja dodatkowo kontuzjowany, jakieś stare nadwyrężenie stopy się odezwało. Ale jesteśmy szczęśliwi, jest jedzonko, kawka i ciasteczka. W schronisku panuje niesamowita atmosfera, niewiele osób, ciekawy wystrój. Po chwili zjawia się Ojciec z córką w wieku On ok. 40 Ona ok 18 lat, bardzo sympatyczni ludzie. Rozmawiamy trochę o dzisiejszym dniu, kto i skąd idzie i do kod chce dotrzeć. Wymieniamy uwagi o szlakach, o szczytach KGP i komentujemy smak piwa OPAT.

Schronisko Jagodna

Schronisko Jagodna

Będąc w tym schronisku koniecznie spróbujcie pierogów, mają tam niesamowite pierogi opiekane w gorącym oleju. Całe schronisko funkcjonuje bardzo sprawnie a jednocześnie w swoim rytmie. Jest tu masa książek i czasopism do poczytania, ciekawie urządzone wnętrze przenika swojskością. Posiłki są dobre i w sowitych porcjach. Polecamy serdecznie.

Nocleg postanawiamy spędzić na niewielkim mini polu namiotowym ok 50 metrów od schroniska. Rozwieszamy tam hamaki, po uprzednim ustaleniu tego z ludźmi ze schroniska. Wieszamy sprzęt i robimy ognisko w wyznaczonym miejscu obok schroniska.

schronisko_jagodna_ognisko

Noc jest bardzo zimna, bez przerwy wieje wiatr i potęguje uczucie zimna. Nie mamy karimat, tylko letnie śpiwory a śpimy na ostrym przeciągu. Wiatr napiera całą noc, dostaliśmy nieźle po dupskach. Rano 8:00 meldujemy się w schronisku spragnieni ciepłych napojów. Ale drzwi do schroniska zamknięte, dzwonimy, cisza. Kręcimy się chwilę, aż okoś otwiera, właściciel, zdziwiony patrzy na nas. Pytam od której czynne on że od 8:30, ale nas wpuścił. O 8:30 zjawił się za ladą, chwilę później zjawiają się nasi znajomi z poprzedniego dnia, spali w schronisku. Zjadamy pyszną jajecznicę i dyskutujemy na temat aktualnego rankingu schronisk. Wreszcie się żegnamy i ruszamy w kierunku szczytu Jagodna.

Jagodowa Jagodna

Trasa ze schroniska na szczyt jest bardzo przyjemna i zajmuje ok godziny marszu. Idzie się równą, szeroką i wygodną drogą. Co jakiś czas w przerwach między drzewami można zobaczyć panoramę okolicy. Na szlaku kilka osób, chyba wszyscy wchodzą by zdobyć szczyt do KGP. Rozmawiamy, pozdrawiamy się wesoło, miła atmosferka. Na szczycie pstrykamy trochę fotek, uzupełniamy płyny i zajadamy się jagodami których w koło obfitość.

szczyt_jagodna_jagody

Autostrada Sudecka

Schodzimy po woli, noga boli mnie coraz bardziej, zapodałem już tabletkę i czekam na działanie. Mijamy schronisko, i rozglądamy się za transportem do Zieleńca. Ale mało ludzi, auta pełne. Idziemy dalej pieszo tz. Autostradą Sudecką. Ruchu zero, ale po jakimś czasie, coś jedzie, machamy nieśmiało i auto się zatrzymuje. Okazuje się że to turyści których spotkaliśmy na szczycie. Bez problemu deklarują chęć podwiezienie bo i tak jest im po trasie. Okazują się być bardzo sympatyczni, i po kilkunastu minutach miłej rozmowy jesteśmy na miejscu. Pakujemy się do samochodu i jedziemy do domu.

Bardzo pouczający wyjazd, wiele nowych, bardzo przydatnych doświadczeń. Kolejny raz postaramy się nie dać zaskoczyć burzy. Trochę zdjęć z wyprawy. Kilka zrobił Rafał, może odgadniecie które? Pozdrawiam.

Po małej przerwie znów wracamy na szlak. Kolejny cel naszej wyprawy to szczyt Okole. Pomysł na eksplorację tego miejsca narodził się podczas wizyty na Ostrzycy. Wyraźnie widoczny, na pierwszym planie, ze szczytu Ostrzycy  szczyt Okole zaprasza swoją majestatycznością. Po wnikliwszym zapoznaniu się z informacjami o tym miejscu, okazało się że jest to doskonały punkt do nocy pod gwiazdami. Szczyt skalisty, z wyraźnie eksponowanym miejscem widokowym z przepiękną panoramom na Karkonosze – to przyciąga.

Szczyt okole, Góry Kaczawskie.

Szczyt okole, Góry Kaczawskie.

Jako punkt startu obraliśmy miejscowość Lubiechowa, tuż za nią, u podstawy góry, znajduje się niewielki parking leśny. Na parkingu zjawiamy się późnym popołudniem, zarzucamy plecaki i żwawo ruszamy w górę. Szlak jest doskonale oznaczony, i wygodny, choć czasem wymaga ciut więcej siły. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy na szczycie, panorama jaką zastaliśmy na szczycie wlała zachwyt w nasze dusze. Piękny widok na Karkonosze, po naszej prawej, na tle Rudaw Janowickich, wyraźnie widoczne Sokoliki ze swoimi charakterystycznymi turniami. A tuż przed nami, po drugiej stronie doliny, Łysa Góra z doskonale widocznym wyciągiem, który teraz, latem, wygląda trochę abstrakcyjnie.okole_gory_kaczawskie

Rozbijamy obóz i przy ognisku z butelką w ręku podziwiamy nocną panoramę. Jest już późno kiedy wreszcie kładziemy się w hamakach. Noc jest ciepła i sucha (bardzo nas to ucieszyło, bo nie mieliśmy plandeki).  Rano pakujemy się i idziemy w dół.

Po ostatnich śnieżnych przygodach w Izerach postanowiłem, że na kolejny wypad w góry przygotuje się lepiej. Mając w pamięci brnięcie w śniegu po kolana przez długie kilometry, tym razem zaopatrzyłem się w narty biegowe. Warto zaznaczyć, że nie w jakiś nowoczesny i wypasiony sprzęt, a w ponad 20 letnie biegówki. Będąc dzieckiem w domu była para nart, przywiezionych z za zachodniej granicy, po małym śledztwie okazało się że narty wraz z butami Polsport są u dziadka w szopie. Po lekkim liftingu (odkurzenie i smarowanie świeczką) sprzęt był gotowy do użycia. Moje doświadczenie z nartami biegowymi jest wyjątkowo słabe, a ostatni raz miałem je na nogach ponad 10 lat temu. Miałem więc spore i uzasadnione obawy czy dam radę, dlatego do plecaka zapakowałem buty trekingowe.

Po wcześniejszym rozpoznaniu warunków, okazało się że trasa zainspirowana wypadem Skadi, ze względów na brak śniegu na niektórych odcinkach, jest niemożliwa do zrealizowania. Postanowiłem więc wystartować z Przełęczy Jugowskiej, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tego dnia odbywała się tam fajna impreza „Rodzinne bieganie z Telewizją Sudecką„. Organizatorzy zadbali o odpowiednie przygotowanie tras, jako że zjawiłem się na przełęczy jakoś przed 10:00, a impreza startowała o 11:00, miałem trasę praktycznie dla siebie.

Moje wątpliwości co do słuszności wyboru biegówek szybko się rozwiały, początkowo podejście może nie było w stylu Justyny Kowalczyk, ale z czasem szło już coraz lepiej. Po pewnym czasie lekkość i szybkość przemieszczania się w terenie pozytywnie mnie zaskoczyła.

Pogoda wymarzona, słonecznie, ciepło i śnieżnie. Już przed 12:00 byłem na Wielkiej Sowie. Wchodząc na szczyt spotkałem grupę „rekonstruktor”, którzy o sobie piszą:

Jesteśmy grupą pasjonatów historii z okolic Dzierżoniowa. Rekonstruujemy umundurowanie, wyposażenie i uzbrojenie 58 poznańskiego pułku piechoty z okresu kampanii wrześniowej.

Po raz kolejny spotkaliśmy się na szczycie, gdzie zrobiłem „chłopakom” kilka zdjęć. Pokręciłem się po okolicy, pomachałem żonie do kamery, jest ich na górze 4, a relacja na żywo w internecie dostępna pod adresem wielkasowa.eu. Przybiłem pieczęć w książeczce KGP, popstrykałem wspaniałą panoramę z wieży widokowej i ruszyłem dalej. Robiąc niewielkie koło powróciłem na przełęcz Jugowską.

Szybkość i płynność, zwłaszcza przy zjazdach, wywołała we mnie uczycie jak bym „oszukiwał”. Przyzwyczajony dreptać z ciężkim plecakiem po górach, czułem się nieco zawstydzony że wszytko idzie tak lekko. Ale chyba nie każdy wypad musi boleć jeszcze przez kolejne dni.

 

Góry Izerskie to najdalej wysunięty na zachód masyw górski w Polsce, są to też najmniej zaludnione obszary w całych Sudetach. Na niektórych szlakach nawet po całodniowej wędrówce nie spotkamy nikogo. Charakterystycznym elementem tych gór jest nieco księżycowy krajobraz, jest to efekt klęski ekologicznej lat 70 i 80, kiedy to kwaśne deszcze pozbawiły zalesienia większość z tutejszych szczytów. Góry te mają swoje tajemnice i niezwykłe legendy. Nazwa gór pochodzi od rzeki Izery, o której wzmianki pojawiły się już w XIII wieku, a nazywano ją Gizera. Pod koniec XVIII wieku region ten otrzymał nazwę Gór Izerskich. Najwyższym szczytem Izerów jest Wysoka Kopa, szczyt wznosi się na wysokość 1126 m n.p.m, w paśmie Wysokiego Grzbietu.

Zdobycie Wysokiej Kopy, jako kolejnego szczytu do Korony Gór Polski, potraktowałem jako idealną okazję do nieco większej wędrówki po górach. Jako miejsce startu wybrałem Jakuszyce – mekkę biegaczy narciarskich. To właśnie w okolicach Jakuszyc znajdują się najwspanialsze trasy biegowe w Polsce. Niestety ja nie zabrałem ze sobą ani biegówek ani rakiet śnieżnych, czego w konsekwencji bardzo żałowałem.

gory_izerskie_mapa

Z Jakuszyc wystartowałem ok. godziny 9:00, i zielonym szlakiem podążyłem w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią. Początek trasy wymarzony, fajna pogoda, nieliczni turyści (wszyscy na nartach biegowych), i twardy ubity śnieg pod butami. Na niebie kłębią się chmury z których to co chwila pada śnieg, by po kilkunastu minutach odsłonić piękny błękit, szlak osłonięty od wiatru a pokonywanie wzniesienia doskonale mnie rozgrzało. Po dotarciu do Rozdroża pod Cichą Równią odbiłem na szlak niebieski w kierunku Dziczego Jaru. I tu warunki pomału zaczynają się zmieniać, wraz z wysokością wieje coraz bardziej i temperatura (ok -8℃) zaczyna dawać się we znaki, zwłaszcza w chwilach przestoju. Ale największym problemem okazuje się śnieg, po dojściu do Jagnięcego potoku, gdzie szlak niebieski skręca gwałtownie i gdzie tego dnie nie stąpała żadna stopa zaczyna się niezłe przedzieranie. Co kilka kroków zapadam się po kolana, lub głębiej, instynktownie staram się wybierać miejsca nieco bardziej przewiane ale nie wiele to daje. Wreszcie po sporym zmaganiu ze śniegiem docieram do szlaku czerwonego, tu otwiera się wspaniały widok na halę Izerską. Wiatr unosi zmrożony śnieg, na niebie kotłują się chmury a szlakiem podążają mocno opatuleni turyści. Tu pierwszy raz, tego dnia, widzę piechurów, dwie sympatyczne Czeszki idące naprzeciw mnie. Tak jak ja nie mają rakiet śnieżnych i walczą z zapadaniem się w śniegu, jedno ahoj, spojrzenie na siebie, i już wiem że czują to samo co ja.

Chatka Górzystów

Chatka Górzystów

Wreszcie dochodzę do Chatki Górzystów, małe, skromne i pełne pozytywnej energii schronisko. W środku tłoczno, temperaturę podnosi żywy płonień buchający ze starego kominka. Znajduje wolne miejsce przy stole i wyciągam przygotowane kanapki. Wypatruję, krążącą między gośćmi, pieczęć schroniska i przybijam w książeczce. Po krótkiej regeneracji ruszam dalej, szlakiem żółtym w kierunku Rozdroża pod Kopą.

gory_izerskie_wysoka_kopa_kgp_15

Początkowo nie jest źle, zapas nowych sił, szlak ubity i mimo podejścia idzie się dobrze. Dochodzę do Rozdroża pod Kopą a po drodze  ni żywej duszy. Teraz zaczyna się ciężki odcinek, długie podejście, sporo śniegu w którym co chwila się zapadam a w dodatku porywisty wiatr. Ale cytując klasyka: „W pogardzie mając tnące szpony mrozu” dochodzę do wiaty turystycznej pod Wysoką Kopą, tu robię przerwę, ostatni łuk ciepłej herbaty, rzut oka na mapę i kieruję się ku szczytowi.

gory_izerskie_wysoka_kopa_kgp_6

Na szczyt Wysokiej Kopy nie ma jako takiego szlaku, a jedynie niewielka ścieżka. Brak jakiegokolwiek śladu, śnieg momentami po pachy. Powoli kroczek po kroczku, z tysiącami myśli w głowie, idę w górę. Ciężko określić gdzie jest szczyt, wszystko zasypane śniegiem, górę oplatają chmury a wszystko w koło wygląda tak samo. Wreszcie jakiś ślad, jak by ktoś tu szedł (może wczoraj?), idę przed siebie. I oto moim oczom ukazuje się skromna, żółta, tabliczka z napisem Wysoka Kopa. W tym samym czasie, od drugiej strony dociera tu czteroosobowa grupa turystów, szczęściarze mają rakiety śnieżne. Potwornie wieje, zbliża się wieczór i jest już na pewno ok -10℃, pamiątkowe zdjęcie, krótka wymiana zdań z napotkanymi ludźmi i trzeba schodzić. Na szczęście w dół jest nieco łatwiej, trasę znaczy mój wcześniejszy ślad no i z górki.

gory_izerskie_wysoka_kopa_kgp_13

Wreszcie koniec tej mordęgi w śniegu, dochodzę do szlaku czerwonego i krętą ścieżką docieram do szlaku zielonego. Zapada zmrok, w koło pusto, ale idzie się cudownie, to niesamowite uczucie spełnienia i świadomość że już tak blisko do celu. A jednak euforia udzieliła mi się zbyt szybko, zbyt pewny siebie, zapędziłem się za daleko. Na szczęście nieznajoma okolica zaalarmowała moją czujność, na krzyżówce pomyliłem trasę i zagalopowałem się ok 3km w kierunku Schroniska Orle. Opamiętałem się w porę i zawróciłem na właściwy szlak. W dole widać już światła Jakuszyc, dochodzę do samochodu i koniec Izerskiej przygody.

 

Oddalone zaledwie o godzinę drogi, od mojej bazy głównej, Rudawy Janowickie to dla mnie coś więcej niż pasmo Czytaj dalej

Końcówka grudnia, kilka dni do świąt, za pasem też nowy rok, dobry czas na podsumowania. A jest co podsumowywać, mnogość wyjazdów, wspaniałych przygód i pięknych chwil była powalająca. Dobrym odzwierciedleniem  tego co działo się na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy jest ostatni wypad w Sokoliki.

Zostawiamy auto na parkingu na przełęczy i sprawnym, szybkim krokiem udajemy się pod skałki. No właśnie, sprawnym i szybkim krokiem, fajnie czuć w sobie moc która tak ładnie urosła w tym roku. No i jesteśmy, znów to samo miejsce, te same skały ale jednak jakieś inne. Ile tu się nowych chwytów pojawiło, ile nowych dróg, jeszcze niedawno tak nie realnych.

sokoliki_krzywa_turnia_kurtykowka_wspinaczka_1Już stoję pod skałką, przywiązany do liny, kochanej wybawicielki, a na drugim końcu Seweryn. To on czuwa bym był bezpieczny, wydaje i zbiera linę, doradza w chwilach krytycznych i dodaje otuchy w chwilach zwątpienia, no i opierdolić też potrafi. No i zaczyna się, moje kończyny już na ścianie, powoli, czujnie ale pewnie pnę się w górę. To łatwa droga i już po chwili jestem na górze, morale podbudowane, kontakt za skałą nawiązany.

Teraz Seweryn, na rozgrzewkę robi to co ja stawiam sobie za cel, może nie jakiś wzniosły ale jednak. Ostatnio zasadziłem kolanem na półkę i jakoś mnie to boli, i fizycznie i psychicznie. Seweryn przechodzi bez najmniejszego problemu w swoim „lekkim” stylu, wybiera chwyty i stopnie  najmniejsze co by sobie jeszcze drogę podkręcić, miło się na to patrzy.

I znów zmiana ról, teraz ja prowadzę, maksymalnie skupiony wchodzę w skałkę, pierwsze spostrzeżenie? nie jest tak lekko jak jeszcze przed chwilą! Idę w górę, krok w krok obok mnie idzie strach, dobry jest skubaniec, wszędzie ze mną wlezie. Wreszcie dochodzimy do kluczowego momentu, teraz trzeba wykorzystać to co się nauczyło przez ostatni rok. Staram się ustawić, wybadać chwyty i znaleźć przejście, a strach tuż obok każe zawracać i co chwila wysyła sygnał do zwieraczy by się rozluźniły. Wreszcie jest przejście, okazuje się że czasem trzeba zrobić krok wstecz by znów iść do góry. A jak łatwo to teraz przyszło, aż się człowiek dziwi nad swoją wcześniejszą „ułomnością”. Przecież od ostatniego razu siły aż tyle nie przybyło no i droga też się nie zrobiła łatwiejsza, to w głowie się zmieniło. To w głowie zawsze dzieje się najwięcej, tam jest główna sterownia każdego łojanta. Zjeżdżam i delektuje się satysfakcją, znów udało się ładnie rozwiązać skalną zagadkę, odnaleźć ukrytą bramę i odważyć się na jej przekroczenie.

Droga Kurtykówka na Krzywej Turni - Sokoliki

Droga Kurtykówka na Krzywej Turni – Sokoliki

Kolejny cel to Krzywa Turnia i droga poprowadzona przez legendarnego Wojtka Kurtykę, czyli Kurtykówka. Szczyt zdobyć chce Seweryn, przed nim ok 30m granitowej skały. Długo wpatruje się w drogę i idzie. Powoli, czujnie bo pierwsza wpinka wysoko, wpina się, i jakby zachęcany tą łatwiejszą częścią drogi, szybko dochodzi do problemu. Tu czeka już na niego kolega strach, ale nie atakuje od razu, pozwala się Sewerynowi zmęczyć, taki zmęczony wspinacz to łatwiejszy cel. Z dołu mogę tylko się domyślać co kolega strach szepcze  Sewerynowi na ucho. I nagle po kilku atakach na problem poda słowo blok! Kilka minut przerwy, i kolejny atak tym razem udany. Jeszcze kilka metrów, mały trawers i do góry.I wreszcie szczyt, miejsce dla wybranych.

Przed wejściem Seweryn zapowiadał że jeśli wejdzie postara się odnaleźć tz. puszkę szczytową. Po kilku minutach, przez porywisty wiatr, przedzierają się słowa „mam ją”. Odnaleziona puszka, była bardzo zniszczona, a jej zawartość bardzo uboga. Mamy plan powrócić do puszki i uzupełnić jej zawartość, tak by kolejne grupy wspinaczy mogły wpisać się i tym samym tworzyć historię tego miejsca.

 

Już prawie połowa grudnia a zimy jeszcze specjalnie nie widać, warunki raczej nie sprzyjają wspinaczce Czytaj dalej