Ta wyprawa jak mało która nie była wyjątkowo spontaniczna, wręcz przeciwnie, tu wszystko było zaplanowane. A dacie wyjazdu wiedzieliśmy wcześniej niż miejscu do którego się udamy. Pierwsze plany miały na celu jakąś chatkę w Karkonoszach, nie udało się. Ale jako że mieliśmy 4 dni to można było zrobić jakiś ambitny wyjazd. Przejrzałem mapy i wyznaczyłem wielką pętlę przez trzy szczyty należące do KGP. W optymalnym założeniu miało być do przejścia ok 50-55 km i zaliczyć Rudawiec, Kowadło i w ostatni dzień Śnieżnik.

Wszystkie noclegi mamy zamiar spędzić w terenie. Zapowiadają się spore mrozy dlatego dokładnie planujemy trasę i miejsca noclegu, przez lokalizację noclegów trasa nie jest najkrótsza z możliwych. Na pierwszą noc wybieramy schron turystyczny, na drugą wiatę na przełęczy i ostatnią noc w legendarnej chatce pod Śnieżnikiem. Zabieramy ze sobą wszystko co będzie nam niezbędne przez kolejne dni. Mimo optymalizacji plecak z całym ekwipunkiem, jedzeniem i sprzętem waży ponad 20 kg.

Sebastian zjawia się pare minut po siódmej, wrzucam plecak do auta i siadam wygodnie. Przed nami prawie dwieście kilometrów do miejsca startu. Samochód chcemy zaparkować w Kletnie, gdzieś w okolicach jaskini niedźwiedziej. Na miejsce docieramy nieco spóźnieni w stosunku do planu, a dodatkowo jest problem z parkingiem. Stróż na parkingu liczy sobie 60zł na 4 dni, a to cena nie do przyjęcia. Jedziemy autem niżej, i przed Kletnem udaje się nam zaparkować na parkingu przed starym zajazdem. Zmiana miejsca parkingowego to dla nas dodatkowe 5-6 km w dwie strony.

Na początku jest najłatwiej

Wychodzimy z auta i ubieramy się do drogi. Jest mroźnie bo ok -8C, pochmurnie ale bezwiecznie. Chwilę trwa nim ciało przyzwyczai się do ciężaru plecaka. Idziemy żółtym szlakiem w górę, docieramy do pierwszego parkingu przed jaskinią (tego drogiego 🙂 ) i tu odbijamy na trasę biegową by dojść do niebieskiego szlaku. Idzie się bardzo fajnie, śniegu jest sporo, miejscami ponad metr, ale dobrze zmrożony przez co nie zapadamy się w nim. Po 10 km robimy przerwę, zjadamy obiad i nawadniamy organizmy. Dalej na zielony szlak, prowadzący wzdłuż granicy, doprowadza nas Droga Staromorawska. Dziadek mróz dał czadu i widoki w koło nas iście bajkowe.

Na Rudawiec i do schronu

Robi się ciemno, ciągle pod górkę a szlak już nie jest taki wygodny. Wydeptane w śniegu ślady tworzą wąski mas nie zapadającego się śniegu, krok w prawo lub w lewo i brniemy po kolana. Mamy coraz mniej sił a droga ciągnie się strasznie. Podejście na Rudawiec zdaje się nie mieć końca. Nie idziemy już równym tempem, a każdy w swoim. Zaczyna wiać, chmury schodzą nisko i robi się bardzo wilgotno. Jest minus 15℃ a wiatr strasznie potęguje uczycie zimna. W ciemnościach i tej mgle ciężko nam znaleść szczyt, jakieś stare ślady rozchodzą się w różnych kierunkach a oznaczeń szlaku nie widać. Wreszcie gdzieś w ciemności przed nami błyska odbite od tabliczki szczytowej światło. Padamy tu zmęczeni strasznie, cieszymy się że już tylko w dół. Przenikliwe zimno wygania nas szybko ze szczytu, po 100m zejścia muszę się zatrzymać i ubrać dodatkową kurtkę. Zielony szlak wiedzie nas teraz w dół do granic Rezerwatu Puszcza Śnieżnej Białki. Mamy już dość, plecaki wżynają się nam w ramiona, a jeszcze trochę do przejścia. Ostatni kilometr, trzeba być czujnym bo gdzieś tu musimy dobić w kierunku schronu turystycznego. A o pomyłkę nie trudno, szlak nie jest oczywisty, wszystko zasypane śniegiem już wcześniej musieliśmy nadłożyć drogi przez pomyłkę. Wreszcie droga, z mapy wynika że za 500m powinien być nasz cel. Wreszcie z ciemności wyłania się nienaturalny kształt, dzieło człowieka, piękny schron turystyczny. Zrucamy z ramion ciężkie plecaki, po krótkiej chwili odpoczynku, gotujemy herbatę i po zaspokojeni pragnienia idziemy na poddasze.

Przez Kowadło na Suchą Przełęcz

Noc była zimna, po poniżej -15C ale nie zmarzliśmy, męczyły nas trochę skurcze ale udało się wypocząć. Wstajemy ok 9:00 i powoli się rozgrzewamy. Topimy śnieg na herbatę, chwila ruchu na rozgrzewkę i próbujemy rozpalić ognisko. Mamy sporo drwa i jest miejsce do palenia. Problem w tym że wszystko jest strasznie zmarznięte, brak suchej rozpałki i wszędzie śnieg. Trochę trwa nim udaje się coś rozpalić, niestety utrzymanie ognia jest praco chłonne i rezygnujemy z ogniska.

Leniwie zbieramy się do drogi, i późno bo ok 11:30 wychodzimy z nocnej bazy i ruszamy dalej. Dziś ma być łatwiej, trasa krótsza, plecaki trochę lżejsze i mniej podejść. Tak wynikało z analizy mapy, mamy dokładne mapy i staramy się jak najkorzystniej pokonywać trasę. Dość sprawnie docieramy na Kowadło ale z dodatkowymi kilometrami, robimy tu przerwę obiadową i chwilkę odpoczywamy. Jest zimno i za ok godzinę będzie ciemno. Mamy do przejścia jeszcze 8 km, tak wynika z mapy, ale znajdujemy kilka skrótów które mają nam zaoszczędzić czasu i drogi. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna, co innego wodzenie palcem po mapie a co innego marsz w terenie. Brak uwagi kosztuje nas utratę 2 km które teraz trzeba odrobić i to w górę. Podejście jest dobijające, jeszcze nigdy droga mi się tak nie dłużyła, strasznie nas suszy, woda w butelkach pozamarzała a w termosie już się skończyła. Co chwila mam wrażenie że już widzę polanę na Suchej Przełęczy, ale nie to tylko droga rozszerz się na chwilkę. Ogarnia nas ogromna radość, w świetle pełnie księżyca, pojawia się wielka polana, do które z każdej ze stron świata dochodzi jakiś szlak, a ja mam wrażenie że ten nasz napewno najgorszy.

Jest tu też nasz dom na noc, niewielka, nie przystosowana do noclegów wiatka/desczochron. Pierwsze co to topienie śniegu, Sebastian niechcący rozlewa gotującą się wodę. Zaczyna od nowa, w małej ciasnej wiatce miejsca jest nie wiele, i znów szturcha maszynkę do gotowania i bach woda na ziemi. Poddaje się ze zmęczenia idzie spać, po chwili gotowa jest herbata, ale Sebastian już śpi. Budzi się jeszcze po 40 minutach by się napić i odpływa do rana. Spał na dość szerokiej ławce. Mi udało się zamontować hamak i spałem tak jak lubię.

Chatka Pod Śnieżnikiem – żywa legenda

Dziś nie będzie ociągania się, wstajemy o 8:00 i o 9:00 jesteśmy gotowi do wymarszu. Spało się doskonale i mamy świetne nastawienie, bo przecież dziś noc w luksusach. Nastawiamy się na czujność, dziś nie ma być błędów, ani metra w złą stronę. Na niebie co jakiś czas za chmur przebija się słoneczko. Pierwsza część trasy w dół i równą, szeroką drogą. Teraz zaczyna się podejście na Śnieżnik, powoli, rożnym tempem pokonujemy metr po metrze. Spotykamy 3 turystów, byli w chatce i potwierdzają  że właściwie idziemy. Im wyżej tym podejście bardziej strome, najmocniej czujemy to kiedy schodzimy z zielonego szlaku leśną ścieżką pniemy się w górę chatki.

Mordercze podejście, ale już koniec, odsłoniętym terenie stoi dumnie chatka. Klimat tego miejsca jest nie od opowiedzenia, trzeba wszystkich zmysłów tam na miejscu by odczuć całą magię. Niewielki przedsionek, zagracony starymi narzędziami do drewna, przez skrzypiące drzwi z żelazną zasuwą, prowadzi do głównej izby. Absolutnie pierwszą rzeczą jaka nas tu doświadcza jest zapach. Napewno nie jest to smród, ale wyszukana mieszanka zapachów w której dominuje zapach wędzonego drewna. Na środku, po lewej stronie tuż przy oknie stoi stół, a na stole półtora litrowa butelka, jak wynika z etykiety bimbru. Jest dość czysto, na półkach jakieś jedzenie w puszkach, trochę świec i naczyń. Na przeciwko stołu stoi durzy piec kaflowy połączony z kuchnią.  Dalej kolejna izba z 3 pryczami do spania i sporo ilością miejsca na podłodze. Wejście na durze poddasze znajduje się tuż obok pieca.

Nigdy nie wiesz co się zdarzy

Pierwsza czynność to rozpalenie w piecu, jest jeszcze resztka żaru po poprzednim paleniu i dość szybko rozpalamy ogień. W chacie jest sporo sprzętu do cięcia rąbania drewna a przed chatą jest materiał do palenia. Przygotowujemy zapas drwa, w wielkim aluminiowym garze topimy śnieg. Jest rewelacyjnie, ciepło, najedzeni napici i będzie się wygodnie spało. Siedzimy przy małym, zaszronionym okienku, gdy nagle Sebastian zwraca uwagę na jakiś błysk światła w oddali. Po chwili znów, a do tego jakieś głosy.
Ktoś już jest przy chatce, i próbuje otworzyć drzwi, jak się poźniej okaże to Wojtek, mój imiennik, jeden z 8 nocnych wojowników zakonu Mocnego Promila. W chacie zrobiło się gwarno, jedni się ogrzewają inni coś jedzą cześć planuje gdzie będzie spało. Generalnie ekipa bardzo w porządku, wprowadzają sporo radości i dobrego humoru w ciemne ściany chaty. Rozmawiamy coś popijamy i co chwila buchamy śmiechem, bo to miejsce nie jest do końca jest przyjazne dla „homo-urbanus”.

Przed spaniem postanawiamy z Sebastianem zrobić sobie specjalny zabieg na zmęczone stopy. Przygotowujemy wielki gar gorącej wody, i kilka sporych brył lodu. Gorącą wodę wlewamy do miski i moczymy nogi które poźniej wkładamy do zmrożonego śniegu. Kilka takich cyki regeneruje nas niesamowicie. Pora spać bo już blisko północy a jutro jeszcze podejście na szczyt Śnieżnika i powrót do Kletna. Wesoła ekipa równie wesoło deklaruje powstrzymać się od nadmiernych hałasów. Po jakimś czasie cześć, trochę wyciszyła, cześć już śpi ale cześć wojuje. I tak po grubo po północy, za ścianą z koca, jeden z przybyszy zaczyna opowieść o pewnym wazonie w domu rodzinnym. Jego sposób wypowiedzi, autentyczność przekazu i przezabawna historia rozbawiają nas do prawdziwe łez.

Tej nocy spaliśmy z przerwami i wstaliśmy nieco oszołomieni niedospaniem. Było strasznie gorąco, śpiwory w tych warunkach nas zagotowały, było ok zera a to zdecydowanie za wysoko jak na ten sprzęt. Wstajemy wcześnie, w chatce Sajgon, wszędzie ktoś śpi, w koło puste butelki. Ktoś grzeje się przy wygasłym już piecu, ktoś próbuje go rozpalić. Zjadamy śniadanie i żegnamy się chłopakami. Oni jeszcze tu pomieszkają, traktując chatkę jako bazę wypadową. Ta noc i miejsce napewno długo zapadną nam w pamięć.

Śnieżnik

Chatka znajduje się na wysokości ok. 1200 m n.p.m. a szczyt Śnieżnika na 1426 m n.p.m. ostatnie 226m. Wydaje się niewiele, ale jeszcze sporo trasy, wpierw trawers po sporym zboczu a potem strome podejście. Im wyżej tym teren bardziej odsłonięty, wiatr wieje, śnieg skrzypi pod stopami a my zbliżamy się do szczytu, ciarki przechodzą nas po plecach. Wiatr pędzi przed nami chmury i co raz to zasłania to odsłania widok przed nami. Po jednym z podmuchów odsłania się rzeźba słonia stojąca obok fundamentów schroniska po czeskiej stronie granicy. Szczyt Śnieżnika schowany w chmurach, przy skrzyżowaniu szlaków więcej ludzi. Spotykamy tu turystów którzy widzieli nas noc wcześniej na Suchej Przełęczy, rozmawiamy chwilę i żegnamy się serdecznie.W drodze na szczyt jeszcze jedna atrakcja, źródło rzeki Morawy. Wypijamy ze źródła po kubku krzepiącej wody i idziemy dalej.
Po chwili jesteśmy na szczycie, wieje strasznie, widoczność ok 50m. Kilka zdjęć, z puszki ukrytej w drogowskazie wyciągam pieczęć, kilka mocnych chuchnięć i przybijam we właściwe miejsce w książeczce KGP.

 

Szczęśliwy powrót

Teraz już tylko w dół, po drodze odwiedzamy schronisko pod Śnieżnikiem i tu wypijamy po jednym browarku. Popijamy i prowadzimy bardzo fajną rozmowę z siedzącymi stolik obok turystami. Nie zasiadujemy się jednak za długo i opuszczamy schronisko. W nogach czuć przebyte kilometry, ramiona mocno obolałe ale w sercu wielka radość i duma. Do auta jeszcze ok 6 km, ale pod drodze odwiedzamy jeszcze Jaskinię Niedźwiedzią. Oprowadzający nas przewodnik, zapytał nas : „spaliście w chatce? bo pachniecie jak chatka, a tak nic innego nie pachnie”. Poźniej zapytał czy bimber jeszcze jest, bo jak był miesiąc temu to jeszcze był. Po tym wesołym akcencie mocno zmęczeni drepczemy ostatnie kilometry w kierunku końca naszej trasy. Dochodzimy do samochodu, zrzucamy plecaki i rozsiadamy się w fotelach, chwila na ochłonięcie i czas wracać. Szczęśliwie docieramy do domu.

Kolejne szczyty do korony, podążając w kierunku wschodnim ku Tatrom i Bieszczadom przyszedł czas na Sudety środkowe i wschodnie. Moim towarzyszem w tej wyprawie jest Rafał, funkcjonujący w ostatnim czasie zgodnie z zasadami zdrowego stylu życia (jedzonko, bieganko i ćwiczonka) bardzo chętnie zgodził się na dzielenie zemną szlaku.

Pierwszy szczyt który mam zamiar dopieczętować do KGP to Szczeliniec Wielki, i dlatego zaczynamy od Karłowa. Mała i malownicza wioska tuż u stup najwyższej góry Gór Stołowych to nasz punkt startu. Szczyt traktujemy tylko jako punkt przejściowy i rozgrzewkę przed kolejnymi dniami na szlaku, Góry Stołowe mam już schodzone wiec tym razem tylko formalność. W najwyższym punkcie góry stawiamy się ok 22:00, przybijam pieczątkę, robimy szybkiego browarka na tarasie przed schroniskiem i schodzimy w dół szukać miejsca na nocleg. Po godzinie marszu nasze hamaki wiszą już rozpięte na drzewach. Zjadamy kolację i trochę gadamy przy winku. Po wyjątkowo spokojnej i ciepłej nocy pakujemy obóz i ruszamy ku właściwym celą.

Nocowanie w hamaku w lesie w gorach

Nocowanie w hamaku

Orlica – pierwsze znaki burzy

Na najwyższy szczyt polskiej części Gór Orlickich i Sudetów Środkowych ruszamy z Zieleńca. Kiedy zjawiamy się tam rankiem ok 10:00, ta pięknie położona miejscowość, znana wszystkim miłośnikom narciarstwa, opanowana jest przez miłośników rowerów. Właśnie trwają przygotowania do jakiegoś wyścigu, patrząc na różnice w terenie, liczne podjazdy i zjazdy, niejednokrotnie bardzo strome, przyznać trzeba że kondycje muszą mieć. My tylko wypijamy kawę i już po chwili szukamy dogodnej miejscówki na pozostawienie auta. Po krótkim rekonesansie decydujemy się na pozostawienie samochodu kawałek za Zieleńcem tuż przed wejściem na szlak. Jest tu niewielki parking na trzy może 4 auta. Wraz z nami, z tego samego miejsca rusza małżeństwo z córką. Ja jeszcze postanowiłem zostawić w aucie wszystko co się da by iść możliwie jak najbardziej na lekko (oj będę tego żałował).

Orlica Szczyt

Orlica Szczyt

Na Orlicę mamy ok. godziny marszu. Wejście jest spokojne, jednolicie nachylone, idealne na rozgrzewkę. Trzeba tylko mieś się na baczności bo w pewnej chwili, trochę niespodziewanie szlak odbija w wąską ścieżkę i łatwo ten moment przegapić. Jeszcze dziesięć minut i jesteśmy na Orlicy. Nic szczególnego, szczyt bez wyraźnego najwyższego punktu, ot taka polana na górze z kamiennymi tablicami oznaczającymi szczyt. Nasi znajomi ze szlaku trochę zdziwieni że już są na szczycie, spodziewali się dłuższej trasy. Postanowili wiec zejść i zaliczyć jeszcze tego samego dnia kolejny ze szczytów KGP, ten sam na który my kierujemy się pieszo, najwyższy szczyt gór Bystrzyckich, Jagodna. Żegnamy się z nimi i zjadamy małe śniadanko. W tle zaczyna być słychać oznaki burzy. Choć rankiem nic nie zapowiadało opadów, to doskonale wiemy jak szybko ta sytuacja może się odmienić, góry nawet te nie najwyższe to jednak góry.

Masarykova chata

Mokre dupy

Schodzimy na czeską stronę góry i idziemy dalej w kierunku schroniska Masarykova chata. Po chwili spotykamy grupkę polskich turystów, młodzi ludzie trochę wystraszeni nadciągającą burzą. Pytają czy turystyczna wiata w której się schronili jest bezpieczna. Oceniliśmy to miejsce jako bezpieczne a sami nieco przyspieszonym krokiem ruszyliśmy dalej. Szlak w tym miejscu wiedzie przez malownicze leśne drogi i idzie się bardzo przyjemnie. Po kilkunastu minutach zaczyna padać, spotykamy niemieckich turystów, pytają gdzie mogą się schować przed deszczem, polecamy wiatę 20 minut od nich. Kiedy my dochodzimy do Masarykova Chata zaczyna się ostra ulewa. Chowamy się w małej wiacie przed schroniskiem z kilkoma innymi ludźmi. Pioruny walą na około a z nieba leje się rzeka wody, Rafał twierdzi że jak tak leje to może maź potrwać 20 minut. I faktycznie po jakichś 20-30 minutach przestaje padać i rozpogadza się.

Masarykova chata

Masarykova Chata

Ruszamy dalej bo już dość straconego czasu, jest przyjemnie, fajne powietrze po deszczu. Ale nasza radość nie trwa długo, po 10 minutach rozpoczyna się kolejna ulewa z burzą. Pada strasznie, zasuwamy w dół tak szybko jak się da, ale już po chwili nie ma sensu szukać schronienia, jesteśmy przemoczeni. Pioruny dudnią w koło, w deszczu i pośpiechu gubimy szlak, mimo że idziemy we właściwym kierunku to droga jest asfaltowa. Po godzinie, mamy naprawdę dość, a miejsca na wysuszenie nie widać, mijamy jakąś wioskę w której jest jakaś restauracja, ale właściciel jak nas zobaczył powiedział że nie ma miejsc. Idziemy dalej już na polską stronę. Wreszcie przestaje padać, robimy przerwę na leśnej drodze w słonecznym miejscu. Musimy się trochę ogarnąć. Okazuje się że mój plecak jest przemoczony razem z zawartością. Na szczęście wieje i jest mocne słońce i po około godzinie udało się wysuszyć ubrania, śpiwór, hamak. Do schroniska Jagodna dochodzimy ostro dojechani.

Suszenie sprzętu

Suszenie sprzętu

Schronisko Jagodna – przyjazny dom

Przemoczenie i zmęczeni a ja dodatkowo kontuzjowany, jakieś stare nadwyrężenie stopy się odezwało. Ale jesteśmy szczęśliwi, jest jedzonko, kawka i ciasteczka. W schronisku panuje niesamowita atmosfera, niewiele osób, ciekawy wystrój. Po chwili zjawia się Ojciec z córką w wieku On ok. 40 Ona ok 18 lat, bardzo sympatyczni ludzie. Rozmawiamy trochę o dzisiejszym dniu, kto i skąd idzie i do kod chce dotrzeć. Wymieniamy uwagi o szlakach, o szczytach KGP i komentujemy smak piwa OPAT.

Schronisko Jagodna

Schronisko Jagodna

Będąc w tym schronisku koniecznie spróbujcie pierogów, mają tam niesamowite pierogi opiekane w gorącym oleju. Całe schronisko funkcjonuje bardzo sprawnie a jednocześnie w swoim rytmie. Jest tu masa książek i czasopism do poczytania, ciekawie urządzone wnętrze przenika swojskością. Posiłki są dobre i w sowitych porcjach. Polecamy serdecznie.

Nocleg postanawiamy spędzić na niewielkim mini polu namiotowym ok 50 metrów od schroniska. Rozwieszamy tam hamaki, po uprzednim ustaleniu tego z ludźmi ze schroniska. Wieszamy sprzęt i robimy ognisko w wyznaczonym miejscu obok schroniska.

schronisko_jagodna_ognisko

Noc jest bardzo zimna, bez przerwy wieje wiatr i potęguje uczucie zimna. Nie mamy karimat, tylko letnie śpiwory a śpimy na ostrym przeciągu. Wiatr napiera całą noc, dostaliśmy nieźle po dupskach. Rano 8:00 meldujemy się w schronisku spragnieni ciepłych napojów. Ale drzwi do schroniska zamknięte, dzwonimy, cisza. Kręcimy się chwilę, aż okoś otwiera, właściciel, zdziwiony patrzy na nas. Pytam od której czynne on że od 8:30, ale nas wpuścił. O 8:30 zjawił się za ladą, chwilę później zjawiają się nasi znajomi z poprzedniego dnia, spali w schronisku. Zjadamy pyszną jajecznicę i dyskutujemy na temat aktualnego rankingu schronisk. Wreszcie się żegnamy i ruszamy w kierunku szczytu Jagodna.

Jagodowa Jagodna

Trasa ze schroniska na szczyt jest bardzo przyjemna i zajmuje ok godziny marszu. Idzie się równą, szeroką i wygodną drogą. Co jakiś czas w przerwach między drzewami można zobaczyć panoramę okolicy. Na szlaku kilka osób, chyba wszyscy wchodzą by zdobyć szczyt do KGP. Rozmawiamy, pozdrawiamy się wesoło, miła atmosferka. Na szczycie pstrykamy trochę fotek, uzupełniamy płyny i zajadamy się jagodami których w koło obfitość.

szczyt_jagodna_jagody

Autostrada Sudecka

Schodzimy po woli, noga boli mnie coraz bardziej, zapodałem już tabletkę i czekam na działanie. Mijamy schronisko, i rozglądamy się za transportem do Zieleńca. Ale mało ludzi, auta pełne. Idziemy dalej pieszo tz. Autostradą Sudecką. Ruchu zero, ale po jakimś czasie, coś jedzie, machamy nieśmiało i auto się zatrzymuje. Okazuje się że to turyści których spotkaliśmy na szczycie. Bez problemu deklarują chęć podwiezienie bo i tak jest im po trasie. Okazują się być bardzo sympatyczni, i po kilkunastu minutach miłej rozmowy jesteśmy na miejscu. Pakujemy się do samochodu i jedziemy do domu.

Bardzo pouczający wyjazd, wiele nowych, bardzo przydatnych doświadczeń. Kolejny raz postaramy się nie dać zaskoczyć burzy. Trochę zdjęć z wyprawy. Kilka zrobił Rafał, może odgadniecie które? Pozdrawiam.

Po ostatnich śnieżnych przygodach w Izerach postanowiłem, że na kolejny wypad w góry przygotuje się lepiej. Mając w pamięci brnięcie w śniegu po kolana przez długie kilometry, tym razem zaopatrzyłem się w narty biegowe. Warto zaznaczyć, że nie w jakiś nowoczesny i wypasiony sprzęt, a w ponad 20 letnie biegówki. Będąc dzieckiem w domu była para nart, przywiezionych z za zachodniej granicy, po małym śledztwie okazało się że narty wraz z butami Polsport są u dziadka w szopie. Po lekkim liftingu (odkurzenie i smarowanie świeczką) sprzęt był gotowy do użycia. Moje doświadczenie z nartami biegowymi jest wyjątkowo słabe, a ostatni raz miałem je na nogach ponad 10 lat temu. Miałem więc spore i uzasadnione obawy czy dam radę, dlatego do plecaka zapakowałem buty trekingowe.

Po wcześniejszym rozpoznaniu warunków, okazało się że trasa zainspirowana wypadem Skadi, ze względów na brak śniegu na niektórych odcinkach, jest niemożliwa do zrealizowania. Postanowiłem więc wystartować z Przełęczy Jugowskiej, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tego dnia odbywała się tam fajna impreza „Rodzinne bieganie z Telewizją Sudecką„. Organizatorzy zadbali o odpowiednie przygotowanie tras, jako że zjawiłem się na przełęczy jakoś przed 10:00, a impreza startowała o 11:00, miałem trasę praktycznie dla siebie.

Moje wątpliwości co do słuszności wyboru biegówek szybko się rozwiały, początkowo podejście może nie było w stylu Justyny Kowalczyk, ale z czasem szło już coraz lepiej. Po pewnym czasie lekkość i szybkość przemieszczania się w terenie pozytywnie mnie zaskoczyła.

Pogoda wymarzona, słonecznie, ciepło i śnieżnie. Już przed 12:00 byłem na Wielkiej Sowie. Wchodząc na szczyt spotkałem grupę „rekonstruktor”, którzy o sobie piszą:

Jesteśmy grupą pasjonatów historii z okolic Dzierżoniowa. Rekonstruujemy umundurowanie, wyposażenie i uzbrojenie 58 poznańskiego pułku piechoty z okresu kampanii wrześniowej.

Po raz kolejny spotkaliśmy się na szczycie, gdzie zrobiłem „chłopakom” kilka zdjęć. Pokręciłem się po okolicy, pomachałem żonie do kamery, jest ich na górze 4, a relacja na żywo w internecie dostępna pod adresem wielkasowa.eu. Przybiłem pieczęć w książeczce KGP, popstrykałem wspaniałą panoramę z wieży widokowej i ruszyłem dalej. Robiąc niewielkie koło powróciłem na przełęcz Jugowską.

Szybkość i płynność, zwłaszcza przy zjazdach, wywołała we mnie uczycie jak bym „oszukiwał”. Przyzwyczajony dreptać z ciężkim plecakiem po górach, czułem się nieco zawstydzony że wszytko idzie tak lekko. Ale chyba nie każdy wypad musi boleć jeszcze przez kolejne dni.

 

Pasmo Gór Kamiennych jest jednym z najdłuższych w Sudetach, liczy ok 50km i ze względu na duże różnice
wysokości wymaga Czytaj dalej

W miniony weekend miałem okazję gościć w Karpaczu, dzięki bardzo udanemu zbiegowi okoliczności, upiekłem trzy Czytaj dalej

Rodzinna wycieczka, planowana od jakiegoś czasu, a jej celem jest Skopiec, najwyższy szczyt Gór Kaczawskich. Czytaj dalej