Ta wyprawa jak mało która nie była wyjątkowo spontaniczna, wręcz przeciwnie, tu wszystko było zaplanowane. A dacie wyjazdu wiedzieliśmy wcześniej niż miejscu do którego się udamy. Pierwsze plany miały na celu jakąś chatkę w Karkonoszach, nie udało się. Ale jako że mieliśmy 4 dni to można było zrobić jakiś ambitny wyjazd. Przejrzałem mapy i wyznaczyłem wielką pętlę przez trzy szczyty należące do KGP. W optymalnym założeniu miało być do przejścia ok 50-55 km i zaliczyć Rudawiec, Kowadło i w ostatni dzień Śnieżnik.

Wszystkie noclegi mamy zamiar spędzić w terenie. Zapowiadają się spore mrozy dlatego dokładnie planujemy trasę i miejsca noclegu, przez lokalizację noclegów trasa nie jest najkrótsza z możliwych. Na pierwszą noc wybieramy schron turystyczny, na drugą wiatę na przełęczy i ostatnią noc w legendarnej chatce pod Śnieżnikiem. Zabieramy ze sobą wszystko co będzie nam niezbędne przez kolejne dni. Mimo optymalizacji plecak z całym ekwipunkiem, jedzeniem i sprzętem waży ponad 20 kg.

Sebastian zjawia się pare minut po siódmej, wrzucam plecak do auta i siadam wygodnie. Przed nami prawie dwieście kilometrów do miejsca startu. Samochód chcemy zaparkować w Kletnie, gdzieś w okolicach jaskini niedźwiedziej. Na miejsce docieramy nieco spóźnieni w stosunku do planu, a dodatkowo jest problem z parkingiem. Stróż na parkingu liczy sobie 60zł na 4 dni, a to cena nie do przyjęcia. Jedziemy autem niżej, i przed Kletnem udaje się nam zaparkować na parkingu przed starym zajazdem. Zmiana miejsca parkingowego to dla nas dodatkowe 5-6 km w dwie strony.

Na początku jest najłatwiej

Wychodzimy z auta i ubieramy się do drogi. Jest mroźnie bo ok -8C, pochmurnie ale bezwiecznie. Chwilę trwa nim ciało przyzwyczai się do ciężaru plecaka. Idziemy żółtym szlakiem w górę, docieramy do pierwszego parkingu przed jaskinią (tego drogiego 🙂 ) i tu odbijamy na trasę biegową by dojść do niebieskiego szlaku. Idzie się bardzo fajnie, śniegu jest sporo, miejscami ponad metr, ale dobrze zmrożony przez co nie zapadamy się w nim. Po 10 km robimy przerwę, zjadamy obiad i nawadniamy organizmy. Dalej na zielony szlak, prowadzący wzdłuż granicy, doprowadza nas Droga Staromorawska. Dziadek mróz dał czadu i widoki w koło nas iście bajkowe.

Na Rudawiec i do schronu

Robi się ciemno, ciągle pod górkę a szlak już nie jest taki wygodny. Wydeptane w śniegu ślady tworzą wąski mas nie zapadającego się śniegu, krok w prawo lub w lewo i brniemy po kolana. Mamy coraz mniej sił a droga ciągnie się strasznie. Podejście na Rudawiec zdaje się nie mieć końca. Nie idziemy już równym tempem, a każdy w swoim. Zaczyna wiać, chmury schodzą nisko i robi się bardzo wilgotno. Jest minus 15℃ a wiatr strasznie potęguje uczycie zimna. W ciemnościach i tej mgle ciężko nam znaleść szczyt, jakieś stare ślady rozchodzą się w różnych kierunkach a oznaczeń szlaku nie widać. Wreszcie gdzieś w ciemności przed nami błyska odbite od tabliczki szczytowej światło. Padamy tu zmęczeni strasznie, cieszymy się że już tylko w dół. Przenikliwe zimno wygania nas szybko ze szczytu, po 100m zejścia muszę się zatrzymać i ubrać dodatkową kurtkę. Zielony szlak wiedzie nas teraz w dół do granic Rezerwatu Puszcza Śnieżnej Białki. Mamy już dość, plecaki wżynają się nam w ramiona, a jeszcze trochę do przejścia. Ostatni kilometr, trzeba być czujnym bo gdzieś tu musimy dobić w kierunku schronu turystycznego. A o pomyłkę nie trudno, szlak nie jest oczywisty, wszystko zasypane śniegiem już wcześniej musieliśmy nadłożyć drogi przez pomyłkę. Wreszcie droga, z mapy wynika że za 500m powinien być nasz cel. Wreszcie z ciemności wyłania się nienaturalny kształt, dzieło człowieka, piękny schron turystyczny. Zrucamy z ramion ciężkie plecaki, po krótkiej chwili odpoczynku, gotujemy herbatę i po zaspokojeni pragnienia idziemy na poddasze.

Przez Kowadło na Suchą Przełęcz

Noc była zimna, po poniżej -15C ale nie zmarzliśmy, męczyły nas trochę skurcze ale udało się wypocząć. Wstajemy ok 9:00 i powoli się rozgrzewamy. Topimy śnieg na herbatę, chwila ruchu na rozgrzewkę i próbujemy rozpalić ognisko. Mamy sporo drwa i jest miejsce do palenia. Problem w tym że wszystko jest strasznie zmarznięte, brak suchej rozpałki i wszędzie śnieg. Trochę trwa nim udaje się coś rozpalić, niestety utrzymanie ognia jest praco chłonne i rezygnujemy z ogniska.

Leniwie zbieramy się do drogi, i późno bo ok 11:30 wychodzimy z nocnej bazy i ruszamy dalej. Dziś ma być łatwiej, trasa krótsza, plecaki trochę lżejsze i mniej podejść. Tak wynikało z analizy mapy, mamy dokładne mapy i staramy się jak najkorzystniej pokonywać trasę. Dość sprawnie docieramy na Kowadło ale z dodatkowymi kilometrami, robimy tu przerwę obiadową i chwilkę odpoczywamy. Jest zimno i za ok godzinę będzie ciemno. Mamy do przejścia jeszcze 8 km, tak wynika z mapy, ale znajdujemy kilka skrótów które mają nam zaoszczędzić czasu i drogi. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna, co innego wodzenie palcem po mapie a co innego marsz w terenie. Brak uwagi kosztuje nas utratę 2 km które teraz trzeba odrobić i to w górę. Podejście jest dobijające, jeszcze nigdy droga mi się tak nie dłużyła, strasznie nas suszy, woda w butelkach pozamarzała a w termosie już się skończyła. Co chwila mam wrażenie że już widzę polanę na Suchej Przełęczy, ale nie to tylko droga rozszerz się na chwilkę. Ogarnia nas ogromna radość, w świetle pełnie księżyca, pojawia się wielka polana, do które z każdej ze stron świata dochodzi jakiś szlak, a ja mam wrażenie że ten nasz napewno najgorszy.

Jest tu też nasz dom na noc, niewielka, nie przystosowana do noclegów wiatka/desczochron. Pierwsze co to topienie śniegu, Sebastian niechcący rozlewa gotującą się wodę. Zaczyna od nowa, w małej ciasnej wiatce miejsca jest nie wiele, i znów szturcha maszynkę do gotowania i bach woda na ziemi. Poddaje się ze zmęczenia idzie spać, po chwili gotowa jest herbata, ale Sebastian już śpi. Budzi się jeszcze po 40 minutach by się napić i odpływa do rana. Spał na dość szerokiej ławce. Mi udało się zamontować hamak i spałem tak jak lubię.

Chatka Pod Śnieżnikiem – żywa legenda

Dziś nie będzie ociągania się, wstajemy o 8:00 i o 9:00 jesteśmy gotowi do wymarszu. Spało się doskonale i mamy świetne nastawienie, bo przecież dziś noc w luksusach. Nastawiamy się na czujność, dziś nie ma być błędów, ani metra w złą stronę. Na niebie co jakiś czas za chmur przebija się słoneczko. Pierwsza część trasy w dół i równą, szeroką drogą. Teraz zaczyna się podejście na Śnieżnik, powoli, rożnym tempem pokonujemy metr po metrze. Spotykamy 3 turystów, byli w chatce i potwierdzają  że właściwie idziemy. Im wyżej tym podejście bardziej strome, najmocniej czujemy to kiedy schodzimy z zielonego szlaku leśną ścieżką pniemy się w górę chatki.

Mordercze podejście, ale już koniec, odsłoniętym terenie stoi dumnie chatka. Klimat tego miejsca jest nie od opowiedzenia, trzeba wszystkich zmysłów tam na miejscu by odczuć całą magię. Niewielki przedsionek, zagracony starymi narzędziami do drewna, przez skrzypiące drzwi z żelazną zasuwą, prowadzi do głównej izby. Absolutnie pierwszą rzeczą jaka nas tu doświadcza jest zapach. Napewno nie jest to smród, ale wyszukana mieszanka zapachów w której dominuje zapach wędzonego drewna. Na środku, po lewej stronie tuż przy oknie stoi stół, a na stole półtora litrowa butelka, jak wynika z etykiety bimbru. Jest dość czysto, na półkach jakieś jedzenie w puszkach, trochę świec i naczyń. Na przeciwko stołu stoi durzy piec kaflowy połączony z kuchnią.  Dalej kolejna izba z 3 pryczami do spania i sporo ilością miejsca na podłodze. Wejście na durze poddasze znajduje się tuż obok pieca.

Nigdy nie wiesz co się zdarzy

Pierwsza czynność to rozpalenie w piecu, jest jeszcze resztka żaru po poprzednim paleniu i dość szybko rozpalamy ogień. W chacie jest sporo sprzętu do cięcia rąbania drewna a przed chatą jest materiał do palenia. Przygotowujemy zapas drwa, w wielkim aluminiowym garze topimy śnieg. Jest rewelacyjnie, ciepło, najedzeni napici i będzie się wygodnie spało. Siedzimy przy małym, zaszronionym okienku, gdy nagle Sebastian zwraca uwagę na jakiś błysk światła w oddali. Po chwili znów, a do tego jakieś głosy.
Ktoś już jest przy chatce, i próbuje otworzyć drzwi, jak się poźniej okaże to Wojtek, mój imiennik, jeden z 8 nocnych wojowników zakonu Mocnego Promila. W chacie zrobiło się gwarno, jedni się ogrzewają inni coś jedzą cześć planuje gdzie będzie spało. Generalnie ekipa bardzo w porządku, wprowadzają sporo radości i dobrego humoru w ciemne ściany chaty. Rozmawiamy coś popijamy i co chwila buchamy śmiechem, bo to miejsce nie jest do końca jest przyjazne dla „homo-urbanus”.

Przed spaniem postanawiamy z Sebastianem zrobić sobie specjalny zabieg na zmęczone stopy. Przygotowujemy wielki gar gorącej wody, i kilka sporych brył lodu. Gorącą wodę wlewamy do miski i moczymy nogi które poźniej wkładamy do zmrożonego śniegu. Kilka takich cyki regeneruje nas niesamowicie. Pora spać bo już blisko północy a jutro jeszcze podejście na szczyt Śnieżnika i powrót do Kletna. Wesoła ekipa równie wesoło deklaruje powstrzymać się od nadmiernych hałasów. Po jakimś czasie cześć, trochę wyciszyła, cześć już śpi ale cześć wojuje. I tak po grubo po północy, za ścianą z koca, jeden z przybyszy zaczyna opowieść o pewnym wazonie w domu rodzinnym. Jego sposób wypowiedzi, autentyczność przekazu i przezabawna historia rozbawiają nas do prawdziwe łez.

Tej nocy spaliśmy z przerwami i wstaliśmy nieco oszołomieni niedospaniem. Było strasznie gorąco, śpiwory w tych warunkach nas zagotowały, było ok zera a to zdecydowanie za wysoko jak na ten sprzęt. Wstajemy wcześnie, w chatce Sajgon, wszędzie ktoś śpi, w koło puste butelki. Ktoś grzeje się przy wygasłym już piecu, ktoś próbuje go rozpalić. Zjadamy śniadanie i żegnamy się chłopakami. Oni jeszcze tu pomieszkają, traktując chatkę jako bazę wypadową. Ta noc i miejsce napewno długo zapadną nam w pamięć.

Śnieżnik

Chatka znajduje się na wysokości ok. 1200 m n.p.m. a szczyt Śnieżnika na 1426 m n.p.m. ostatnie 226m. Wydaje się niewiele, ale jeszcze sporo trasy, wpierw trawers po sporym zboczu a potem strome podejście. Im wyżej tym teren bardziej odsłonięty, wiatr wieje, śnieg skrzypi pod stopami a my zbliżamy się do szczytu, ciarki przechodzą nas po plecach. Wiatr pędzi przed nami chmury i co raz to zasłania to odsłania widok przed nami. Po jednym z podmuchów odsłania się rzeźba słonia stojąca obok fundamentów schroniska po czeskiej stronie granicy. Szczyt Śnieżnika schowany w chmurach, przy skrzyżowaniu szlaków więcej ludzi. Spotykamy tu turystów którzy widzieli nas noc wcześniej na Suchej Przełęczy, rozmawiamy chwilę i żegnamy się serdecznie.W drodze na szczyt jeszcze jedna atrakcja, źródło rzeki Morawy. Wypijamy ze źródła po kubku krzepiącej wody i idziemy dalej.
Po chwili jesteśmy na szczycie, wieje strasznie, widoczność ok 50m. Kilka zdjęć, z puszki ukrytej w drogowskazie wyciągam pieczęć, kilka mocnych chuchnięć i przybijam we właściwe miejsce w książeczce KGP.

 

Szczęśliwy powrót

Teraz już tylko w dół, po drodze odwiedzamy schronisko pod Śnieżnikiem i tu wypijamy po jednym browarku. Popijamy i prowadzimy bardzo fajną rozmowę z siedzącymi stolik obok turystami. Nie zasiadujemy się jednak za długo i opuszczamy schronisko. W nogach czuć przebyte kilometry, ramiona mocno obolałe ale w sercu wielka radość i duma. Do auta jeszcze ok 6 km, ale pod drodze odwiedzamy jeszcze Jaskinię Niedźwiedzią. Oprowadzający nas przewodnik, zapytał nas : „spaliście w chatce? bo pachniecie jak chatka, a tak nic innego nie pachnie”. Poźniej zapytał czy bimber jeszcze jest, bo jak był miesiąc temu to jeszcze był. Po tym wesołym akcencie mocno zmęczeni drepczemy ostatnie kilometry w kierunku końca naszej trasy. Dochodzimy do samochodu, zrzucamy plecaki i rozsiadamy się w fotelach, chwila na ochłonięcie i czas wracać. Szczęśliwie docieramy do domu.

Z moją wizytą w Chatce Puchatka wiąże się niezwykła historia. W poszukiwaniu kolejnych ciekawych miejsc w Karkonoszach natrafiłem na informację o Chatce Puchatka. Pogrzebałem trochę w internecie i podjąłem próbę kontaktu z kimś kto ma klucze do chatki. Niestety nie udało się nic załatwić a góry wołały.

Był początek marca a w Karkonoszach zima miała się świetnie. Zależało mi na noclegu w terenie lub ciekawym miejscu. Wreszcie wybór padł na wiatę leżącą na czerwonym szlaku pomiędzy: Sowią Przełęczą a Przełęczą Okraj. Przygotowałem się na niskie temperatury, nocleg w terenie i ruszyłem ku przygodzie.

chatka_puchatka_karkonosze_6

Plan był prosty, wędrówka po okolicznych szlakach a o zmierzchu dotrzeć do wiatki. Tak też zrobiłem i przed zapadnięciem nocy spokojnie dotarłem do wyznaczonego celu. Kręciło się sporo ludzi, trochę mnie to zaskoczyło bo było już późno i bardzo zimno. Szybko się okazało żę trwa jakiś bieg i to po prostu końcówka zawodników. Kiedy się już uspokoiło, udałem się do wnętrza wiaty celem urządzenia się na noc.

Niesamowite spotkanie

To co się wydarzyło po wejściu do wiatki ciężko nazwań zwykłym przypadkiem. Wchodzę do wnętrza i witam się z dwójką turystów, młodzi roześmiani ludzi, wyglądają na parę. Kończą przerwę i szykują się do wyjścia. Nagle bez powodu zaczynamy rozmawiać. Pytają gdzie idę, odpowiadam że ja już dotarłem do celu i śpię właśnie tu. Trochę zaskoczeni, informują mnie że oni idą do Chatki Puchatka. Chwila jakiegoś dziwnego zastanowienia. Chcąc zabłysnąć, i sprowadzić ich na ziemię, informuję że ten obiekt jest zamknięty a klucze posiada wąska grupa wybrańców. Odpowiedź była miażdżąca dla mojej próby zabłyśnięcia. Tak wiemy, i mamy klucze. Jak chcesz zapraszamy.

chatka_puchatka_karkonosze_11

Kiedy jest łatwo, jest nudno

Tak niesamowity przypadek, a może przeznaczenie, nie mógł iść bez przygody obok. Po euforycznym przyjęciu informacji, prawie natychmiast wyruszyliśmy w kierunku celu. Położenie chatki było mi dobrze znane, miałem ją naniesioną na mapę. Mieliśmy około godziny marszu, wiał mocny wiatr i prał po twarzy zmrożonym śniegiem. Brnąc w świeżym i kopnym śniegu, nie bardzo przejmowaliśmy się pogodą. Przecież gdzieś tam, już całkiem blisko czeka „domek z bajki”. Napalmy w kominku, zrobimy ciepłej herbaty i ugotujemy coś pysznego.

Mijamy kolejne drzewa, i stromym zboczem schodzimy w dół. Wreszcie docieramy, robi się już ciemno, temperatura ok -10 stopni Celsjusza. Odśnieżamy drzwi, odsuwamy zaspy śniegu z przed wejścia. Próbujemy otworzyć kłódkę ale klucz nie chce wejść. Podejrzewamy że zamarzła, próbujemy ją ogrzać ale nic z tego. Kłudka raczej jest uszkodzona niż zamarznięta, wygląda tak jakby ktoś probował w niej grzebać czymś innym niż klucz. Nasze morale nieco upada, miało być tak pięknie a tu lipa. Drzwi s`naprawdę solidne, i nie ma innej opcji jak otworzenie kłódki i kolejnego zamka.

chatka_puchatka_karkonosze_14

Ja mam sprzęt by bez problemu przenocować na dworze w tych warunkach. Ale moi towarzysze, a zwłaszcza część piękna zaczyna już przemarzać. Sytuacja robi się niepokojąca, jest już ciemno a my jesteśmy w przysłowiowej „dupie”. Szukając rozwiązania problemu, kolega proponuje przepiłowanie kłódki. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby miał sprzęt, ale on proponuje to zrobić pilnikiem który na w scyzoryku. Z szacunkiem dla scyzoryków Victorinox, pomysł wydaje mi się niedorzeczny. Ale opcji jest tak mało, a w zasadzie tylko ta jedna, więc zaczynamy piłowanie. Po kilkudziesięciu minutach stwierdzamy że jest to możliwe ale wymaga czasu. Pozostaje jeszcze pytanie czy budowa kłódki pozwoli na jej wyjęcie po przepiłowaniu.

Mija kilka godzin, niewiasta mocno wyziębiona (ale bardzo dzielna), my już jesteśmy na finiszu. Ostanie minimetry i wreszcie koniec, kłódka spada. Gigantyczna radość, jeszcze tylko jeden klucz, już bez problemu i drzwi się otwierają.

chatka_puchatka_karkonosze_4

Zasłużona laba

Szybko rozpalamy w kominku, a jego ciepło powoli rozgrzewa chatę. Klimat o jakim można marzyć, ściany z bali, drewniany stół świece wypełniają pomieszczenie delikatnym światłem. Pijemy herbatę i zjadamy coś na szybko, a między czasie moi gospodarze szykują wielki gar zupy gulaszowej.

Tu wszystko smakuje inaczej, herbata która jest tak ciepła i tak doskonale nas rozgrzewa. A przecież zrobiona z zimnego śniegu z mroźnej polany tuż obok. Wino które pijemy też smakuje wyborniej i jakoś bardziej niż zwykle napędza rozmowę. Dyskutujemy, wspominamy i cieszymy się tymi wyjątkowymi chwilami do bardzo późna.

W chacie jest poddasze do nocleg i jedno łóżko na dole w głównej izbie. Na dole jest też kominek, więc  zdecydowanie przyjemniej, tu nocujemy, Oni na łóżku a ja szczęśliwie w hamaku który udało mi się powiesić w chacie.

W swoją stronę

Kiedy wstaje nowy dzień wraz z nim budzi się wielka radość z minionych zdarzeń. Jemy śniadanie i rozmawiamy na spokojnie o wszystkim. Poźniej przychodzi czas na prace gospodarcze, trzeba uzupełnić drzewo do kominka. Cięcie, rąbanie, znoszenie i układanie drwa zajmuje nam czas do południa.

Uzupełniam herbatę w termosie, dziękuję gospodarzą za tą wyjątkową okazję nocowania w Chatce Puchatka i odchodzę w swoją stronę. Zostawiam tą wesołą parę by mogli się nacieszyć sobą w samotności.

chatka_puchatka_karkonosze_4

Nieoczekiwanie, jakiś miesiąc temu, dostałem informację od Sebastiana że ma wolny termin na 3 dniowy wypad. Informacja ta bardzo mnie ucieszyła, bo po ostatnim samotnym wypadzie brakowało mi wyprawy w towarzystwie. Niecierpliwie odliczałem dni do 11 lutego. Wreszcie piątek, godzina 7:00, Sebastian jest po mnie. I tu zaczyna się przygoda, ale by dopełnić opowieści zaczniemy ją kilka dni wcześniej.

Szukając ciekawych miejsc

Kilka dni przed wyjazdem wstępnie ustaliliśmy że celem będą Karkonosze. Szukając czegoś ciekawego natrafiłem na historię chatek Karkonoskich. Istnieją w Karkonoszach tz. chatki, domki myśliwskie, schrony…
Oddalone od szlaków, ukryte w nierównościach terenu i doskonale zakamuflowane roślinnością. Miejsca mało kiedy zaznaczone na mapach, a dzieją się tam ciekawe rzeczy. I tak po długich poszukiwaniach, kontaktach, kilku telefonach, udało się załatwić Klucze do Chatki Wielkanocnej. Dodatkowo zwróciliśmy się do KPN (Karkonoski Park Narodowy) o zgodę na wejście na zamknięty szlak by dotrzeć do Chatki.

karkonosze_sniezne_kotly_2

 

Kierunek Chatka

Początek wędrówki rozpoczyna się w Jagniątkowie. Tu zostawiamy samochód, przeglądamy sprzęt i dopinamy plecaki. Nie ma tu śniegu, ale jest zimno. Wolnym tempem ruszamy w górę kierując się na Rozdroże pod Śmielcem. Idziemy wolno, bo kamienie śliskie, bo plecaki ciężkie i jeszcze się organizmy nie przyzwyczaiły. Po 40 minutach rozgrzewamy się już dość dobrze. Idziemy w górę i z każdym krokiem przybywa śniegu. Wieje mroźny wiatr i nakręca małe zadymki. Kiedy dochodzimy do Rozdroża pod Śmielcem, śniegu jest już po kolana. Od ostatniego opadu śniegu nikt tu nie chodził i cała trasa nie przetarta. Robi się jeszcze ciekawiej kiedy idąc zielonym szlakiem mijamy krzyżówkę pod Wielkim Szyszakiem. Od tego miejsca szlak jest zimą zamknięty dla turystów, chodzi głównie o ochronę przyrody i możliwe lawiny przy śnieżnych zimach. Na szczęście w czasie naszego pobytu nie było żadnego zagrożenia lawinowego.

karkonosze_sniezne_kotly_6

Ostatnia krzywa

Im bliżej celu tym warunki coraz gorsze, wiatr wieje mocno, goniąc przed nami chmury i tylko czasami odsłania się grań. Zostało nam 500 metrów, poruszanie się jest bardzo trudne, śniegu miejscami po pas, regularnie zapadamy się po kolana stąpając po przewianej skorupie śniegu. Zachodzimy się z tej niemocy, i schodzimy za nisko. Teraz znów w górę w tym zapadającym śniegu. To krążenie kosztuje nas masę sił, i jesteśmy wykończeni. Wreszcie pojawia się zwiastun! Mały drewniany kibelek, znak że 100m dalej jest nasz cel. Dochodzimy tam, błądząc jeszcze po drodze kilkukrotnie.

Chatka Wielkanocna

Kiedy wreszcie tam jesteśmy i stoimy przed tym małym, urokliwym i tajemniczym miejscem na myśl przywołują się wszystkie historie o ludziach którzy weszli do pustego domu w środku lasu. Drewniana konstrukcja przypomina mi budowlę z jakiejś bajki. Drzwi bardzo solidne, zamknięte na kłódki i zaryglowane porządnie. Zdejmujemy kłódki i wyjątkowym i niespotykanym kluczem otwieramy pierwsze drzwi. Za nimi kolejne, te już bardzo delikatne i przeszklone. Otwieramy je do środka i wchodzimy a do głowy nasuwają się historię wszystkich gości.

Ten niewielki domek myśliwski otrzymał swoją nazwę w 1967 roku kiedy to grupka ludzi spędziła tu Wielkanoc. Było to dla nich tak skrajnym i mocnym przeżyciem, że od tej pory na wspomnienie tej nocy zaczęli używać określenia Chatka Wielkanocna. Nazwa się przyjęła i funkcjonuje do dziś. Chatka jest zamknięta i bez kluczy nie można się tu dostać. Aby dotrzeć i przenocować w tym miejscu trzeba się postarać…

Ciepło kominka

Pierwsza rzecz którą robimy po wejściu do chatki to rozpalenie w kominku. Temperatura wewnątrz poniżej zera, wiadra z wodą skute lodem. Kominek czeka na rozpalenie, przygotowane drwa, rozpałka, przesuszone drewienka na start. Już po kilkunastu minutach, mamy przyjemny ogień. Po godzinie ciepło kominka zaczyna wypełniać izbę i mamy ok 10 stopni. Trochę osuszamy sprzęt  i zjadamy dobry obiadek. Między czasie przeglądamy mapę i planujemy wycieczkę.

Wielki Szyszak i Śmielec

Jest już po 14:00 kiedy jesteśmy gotowi do wyjścia. Na dworze pochmurno i wieje bardzo mocno, wszędzie ponawiewane śniegu i spory mróz. Wracamy po naszych śladach na szlak zielony. Teraz już tylko w górę, szlak bez śladów tylko biały śnieg. Coraz mocniej czuć że zbliżamy się do grani wiatr wieje jeszcze mocniej. Zaliczamy Wielkiego Szyszaka, zaczyna się ściemniać, i nim dochodzimy do Śmielca jest już ciemno. Kompletnie zasypanym szlakiem, idąc przez Rozdroże pod Śmielcem wracamy na szlak zielony a nim dochodzimy do naszej chatki.

To był mocny dzień i brnięcie w świeżym śniegu dało nam popalić. W chatce jesteśmy bardzo zmęczeni, ogarniamy się i jeszcze przed 22:30 idziemy spać.

Rześki poranek

karkonosze_sniezne_kotly_28Budzimy się około godziny 7:00, w kominku wygasło a temperatura jest lekko ponad zero. Przymusowe opuszczenie chatki, mróz ładnie trzyma. Na dzień dobry rozpalamy w kominku, mamy już wprawę więc idzie sprawnie. Grzejemy się i robimy śniadanie, szykujemy też coś na wycieczkę i gotujemy wodę do termosów.

Między czasie postanawiam wyskoczyć na zewnątrz tylko w gatkach i po nacierać się śniegiem. Odwieczna ciekawość zaspokojona, organizm po rozgrzewce plus dawka adrenaliny spokojnie daje radę. Już kilka minut po natarciu jest mi ciepło.

 

Raz a dobrze

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy 2 wyjścia, wpierw na łabski szczyt i powrót czerwonym szlakiem przez grań. Kolejne to temat otwarty. Warunki jakie nas spotkały szybko zweryfikowały nasz plan. Późne wyjście, połączone z trudnymi warunkami. sprawiły że przejście, pierwszej zaplanowanej trasy, zajęło nam dużo więcej czasu. Pierwszy wydeptany szlak spotykamy dopiero w Okolicach schroniska pod Łabskim Szczytem. Na łabski szczyt idziemy wpierw drogą zimową na grań i poźniej czerwonym w kierunku śnieżnych kotłów. Widoczność bardzo słaba, ale kiedy docieramy do śnieżnych kotłów doskonale widać wielkie nawisy śnieżne wiszące nad spadzistymi ścianami kotła.

Idziemy dalej i jak dzień wcześniej przechodzimy przez Wielkiego Szyszaka i Śmielca. Do chatki dochodzimy równo z nocą, jej odnalezieni zajęło nam sporo czas.

 

Wpis na pożegnanie

 

Sobotni wieczór spędzamy w chatce popijając piwko. W niedziele wstajemy rano, sprzątamy w chatce, uzupełniamy drewno. Kiedy jesteśmy gotowi do wymarszu jest przed dziesiątą. Sprawdzamy wszystko dokładnie i pozostaje nam tylko ostatni, przyjemny obowiązek. Wpisujemy się do książki meldunkowej. Wpierw Sebastian jako numer 4769 a poźniej ja jako 4770.

Zamykamy dokładnie chatkę i zaczynamy schodzić w kierunku Jagniątkowa. Zgodnie z planem w południe jesteśmy przy aucie. Tu kończy się ta przygoda i pozostaje pewien niedosyt.

 

Kolejne szczyty do korony, podążając w kierunku wschodnim ku Tatrom i Bieszczadom przyszedł czas na Sudety środkowe i wschodnie. Moim towarzyszem w tej wyprawie jest Rafał, funkcjonujący w ostatnim czasie zgodnie z zasadami zdrowego stylu życia (jedzonko, bieganko i ćwiczonka) bardzo chętnie zgodził się na dzielenie zemną szlaku.

Pierwszy szczyt który mam zamiar dopieczętować do KGP to Szczeliniec Wielki, i dlatego zaczynamy od Karłowa. Mała i malownicza wioska tuż u stup najwyższej góry Gór Stołowych to nasz punkt startu. Szczyt traktujemy tylko jako punkt przejściowy i rozgrzewkę przed kolejnymi dniami na szlaku, Góry Stołowe mam już schodzone wiec tym razem tylko formalność. W najwyższym punkcie góry stawiamy się ok 22:00, przybijam pieczątkę, robimy szybkiego browarka na tarasie przed schroniskiem i schodzimy w dół szukać miejsca na nocleg. Po godzinie marszu nasze hamaki wiszą już rozpięte na drzewach. Zjadamy kolację i trochę gadamy przy winku. Po wyjątkowo spokojnej i ciepłej nocy pakujemy obóz i ruszamy ku właściwym celą.

Nocowanie w hamaku w lesie w gorach

Nocowanie w hamaku

Orlica – pierwsze znaki burzy

Na najwyższy szczyt polskiej części Gór Orlickich i Sudetów Środkowych ruszamy z Zieleńca. Kiedy zjawiamy się tam rankiem ok 10:00, ta pięknie położona miejscowość, znana wszystkim miłośnikom narciarstwa, opanowana jest przez miłośników rowerów. Właśnie trwają przygotowania do jakiegoś wyścigu, patrząc na różnice w terenie, liczne podjazdy i zjazdy, niejednokrotnie bardzo strome, przyznać trzeba że kondycje muszą mieć. My tylko wypijamy kawę i już po chwili szukamy dogodnej miejscówki na pozostawienie auta. Po krótkim rekonesansie decydujemy się na pozostawienie samochodu kawałek za Zieleńcem tuż przed wejściem na szlak. Jest tu niewielki parking na trzy może 4 auta. Wraz z nami, z tego samego miejsca rusza małżeństwo z córką. Ja jeszcze postanowiłem zostawić w aucie wszystko co się da by iść możliwie jak najbardziej na lekko (oj będę tego żałował).

Orlica Szczyt

Orlica Szczyt

Na Orlicę mamy ok. godziny marszu. Wejście jest spokojne, jednolicie nachylone, idealne na rozgrzewkę. Trzeba tylko mieś się na baczności bo w pewnej chwili, trochę niespodziewanie szlak odbija w wąską ścieżkę i łatwo ten moment przegapić. Jeszcze dziesięć minut i jesteśmy na Orlicy. Nic szczególnego, szczyt bez wyraźnego najwyższego punktu, ot taka polana na górze z kamiennymi tablicami oznaczającymi szczyt. Nasi znajomi ze szlaku trochę zdziwieni że już są na szczycie, spodziewali się dłuższej trasy. Postanowili wiec zejść i zaliczyć jeszcze tego samego dnia kolejny ze szczytów KGP, ten sam na który my kierujemy się pieszo, najwyższy szczyt gór Bystrzyckich, Jagodna. Żegnamy się z nimi i zjadamy małe śniadanko. W tle zaczyna być słychać oznaki burzy. Choć rankiem nic nie zapowiadało opadów, to doskonale wiemy jak szybko ta sytuacja może się odmienić, góry nawet te nie najwyższe to jednak góry.

Masarykova chata

Mokre dupy

Schodzimy na czeską stronę góry i idziemy dalej w kierunku schroniska Masarykova chata. Po chwili spotykamy grupkę polskich turystów, młodzi ludzie trochę wystraszeni nadciągającą burzą. Pytają czy turystyczna wiata w której się schronili jest bezpieczna. Oceniliśmy to miejsce jako bezpieczne a sami nieco przyspieszonym krokiem ruszyliśmy dalej. Szlak w tym miejscu wiedzie przez malownicze leśne drogi i idzie się bardzo przyjemnie. Po kilkunastu minutach zaczyna padać, spotykamy niemieckich turystów, pytają gdzie mogą się schować przed deszczem, polecamy wiatę 20 minut od nich. Kiedy my dochodzimy do Masarykova Chata zaczyna się ostra ulewa. Chowamy się w małej wiacie przed schroniskiem z kilkoma innymi ludźmi. Pioruny walą na około a z nieba leje się rzeka wody, Rafał twierdzi że jak tak leje to może maź potrwać 20 minut. I faktycznie po jakichś 20-30 minutach przestaje padać i rozpogadza się.

Masarykova chata

Masarykova Chata

Ruszamy dalej bo już dość straconego czasu, jest przyjemnie, fajne powietrze po deszczu. Ale nasza radość nie trwa długo, po 10 minutach rozpoczyna się kolejna ulewa z burzą. Pada strasznie, zasuwamy w dół tak szybko jak się da, ale już po chwili nie ma sensu szukać schronienia, jesteśmy przemoczeni. Pioruny dudnią w koło, w deszczu i pośpiechu gubimy szlak, mimo że idziemy we właściwym kierunku to droga jest asfaltowa. Po godzinie, mamy naprawdę dość, a miejsca na wysuszenie nie widać, mijamy jakąś wioskę w której jest jakaś restauracja, ale właściciel jak nas zobaczył powiedział że nie ma miejsc. Idziemy dalej już na polską stronę. Wreszcie przestaje padać, robimy przerwę na leśnej drodze w słonecznym miejscu. Musimy się trochę ogarnąć. Okazuje się że mój plecak jest przemoczony razem z zawartością. Na szczęście wieje i jest mocne słońce i po około godzinie udało się wysuszyć ubrania, śpiwór, hamak. Do schroniska Jagodna dochodzimy ostro dojechani.

Suszenie sprzętu

Suszenie sprzętu

Schronisko Jagodna – przyjazny dom

Przemoczenie i zmęczeni a ja dodatkowo kontuzjowany, jakieś stare nadwyrężenie stopy się odezwało. Ale jesteśmy szczęśliwi, jest jedzonko, kawka i ciasteczka. W schronisku panuje niesamowita atmosfera, niewiele osób, ciekawy wystrój. Po chwili zjawia się Ojciec z córką w wieku On ok. 40 Ona ok 18 lat, bardzo sympatyczni ludzie. Rozmawiamy trochę o dzisiejszym dniu, kto i skąd idzie i do kod chce dotrzeć. Wymieniamy uwagi o szlakach, o szczytach KGP i komentujemy smak piwa OPAT.

Schronisko Jagodna

Schronisko Jagodna

Będąc w tym schronisku koniecznie spróbujcie pierogów, mają tam niesamowite pierogi opiekane w gorącym oleju. Całe schronisko funkcjonuje bardzo sprawnie a jednocześnie w swoim rytmie. Jest tu masa książek i czasopism do poczytania, ciekawie urządzone wnętrze przenika swojskością. Posiłki są dobre i w sowitych porcjach. Polecamy serdecznie.

Nocleg postanawiamy spędzić na niewielkim mini polu namiotowym ok 50 metrów od schroniska. Rozwieszamy tam hamaki, po uprzednim ustaleniu tego z ludźmi ze schroniska. Wieszamy sprzęt i robimy ognisko w wyznaczonym miejscu obok schroniska.

schronisko_jagodna_ognisko

Noc jest bardzo zimna, bez przerwy wieje wiatr i potęguje uczucie zimna. Nie mamy karimat, tylko letnie śpiwory a śpimy na ostrym przeciągu. Wiatr napiera całą noc, dostaliśmy nieźle po dupskach. Rano 8:00 meldujemy się w schronisku spragnieni ciepłych napojów. Ale drzwi do schroniska zamknięte, dzwonimy, cisza. Kręcimy się chwilę, aż okoś otwiera, właściciel, zdziwiony patrzy na nas. Pytam od której czynne on że od 8:30, ale nas wpuścił. O 8:30 zjawił się za ladą, chwilę później zjawiają się nasi znajomi z poprzedniego dnia, spali w schronisku. Zjadamy pyszną jajecznicę i dyskutujemy na temat aktualnego rankingu schronisk. Wreszcie się żegnamy i ruszamy w kierunku szczytu Jagodna.

Jagodowa Jagodna

Trasa ze schroniska na szczyt jest bardzo przyjemna i zajmuje ok godziny marszu. Idzie się równą, szeroką i wygodną drogą. Co jakiś czas w przerwach między drzewami można zobaczyć panoramę okolicy. Na szlaku kilka osób, chyba wszyscy wchodzą by zdobyć szczyt do KGP. Rozmawiamy, pozdrawiamy się wesoło, miła atmosferka. Na szczycie pstrykamy trochę fotek, uzupełniamy płyny i zajadamy się jagodami których w koło obfitość.

szczyt_jagodna_jagody

Autostrada Sudecka

Schodzimy po woli, noga boli mnie coraz bardziej, zapodałem już tabletkę i czekam na działanie. Mijamy schronisko, i rozglądamy się za transportem do Zieleńca. Ale mało ludzi, auta pełne. Idziemy dalej pieszo tz. Autostradą Sudecką. Ruchu zero, ale po jakimś czasie, coś jedzie, machamy nieśmiało i auto się zatrzymuje. Okazuje się że to turyści których spotkaliśmy na szczycie. Bez problemu deklarują chęć podwiezienie bo i tak jest im po trasie. Okazują się być bardzo sympatyczni, i po kilkunastu minutach miłej rozmowy jesteśmy na miejscu. Pakujemy się do samochodu i jedziemy do domu.

Bardzo pouczający wyjazd, wiele nowych, bardzo przydatnych doświadczeń. Kolejny raz postaramy się nie dać zaskoczyć burzy. Trochę zdjęć z wyprawy. Kilka zrobił Rafał, może odgadniecie które? Pozdrawiam.

Po małej przerwie znów wracamy na szlak. Kolejny cel naszej wyprawy to szczyt Okole. Pomysł na eksplorację tego miejsca narodził się podczas wizyty na Ostrzycy. Wyraźnie widoczny, na pierwszym planie, ze szczytu Ostrzycy  szczyt Okole zaprasza swoją majestatycznością. Po wnikliwszym zapoznaniu się z informacjami o tym miejscu, okazało się że jest to doskonały punkt do nocy pod gwiazdami. Szczyt skalisty, z wyraźnie eksponowanym miejscem widokowym z przepiękną panoramom na Karkonosze – to przyciąga.

Szczyt okole, Góry Kaczawskie.

Szczyt okole, Góry Kaczawskie.

Jako punkt startu obraliśmy miejscowość Lubiechowa, tuż za nią, u podstawy góry, znajduje się niewielki parking leśny. Na parkingu zjawiamy się późnym popołudniem, zarzucamy plecaki i żwawo ruszamy w górę. Szlak jest doskonale oznaczony, i wygodny, choć czasem wymaga ciut więcej siły. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy na szczycie, panorama jaką zastaliśmy na szczycie wlała zachwyt w nasze dusze. Piękny widok na Karkonosze, po naszej prawej, na tle Rudaw Janowickich, wyraźnie widoczne Sokoliki ze swoimi charakterystycznymi turniami. A tuż przed nami, po drugiej stronie doliny, Łysa Góra z doskonale widocznym wyciągiem, który teraz, latem, wygląda trochę abstrakcyjnie.okole_gory_kaczawskie

Rozbijamy obóz i przy ognisku z butelką w ręku podziwiamy nocną panoramę. Jest już późno kiedy wreszcie kładziemy się w hamakach. Noc jest ciepła i sucha (bardzo nas to ucieszyło, bo nie mieliśmy plandeki).  Rano pakujemy się i idziemy w dół.

Po ostatnich śnieżnych przygodach w Izerach postanowiłem, że na kolejny wypad w góry przygotuje się lepiej. Mając w pamięci brnięcie w śniegu po kolana przez długie kilometry, tym razem zaopatrzyłem się w narty biegowe. Warto zaznaczyć, że nie w jakiś nowoczesny i wypasiony sprzęt, a w ponad 20 letnie biegówki. Będąc dzieckiem w domu była para nart, przywiezionych z za zachodniej granicy, po małym śledztwie okazało się że narty wraz z butami Polsport są u dziadka w szopie. Po lekkim liftingu (odkurzenie i smarowanie świeczką) sprzęt był gotowy do użycia. Moje doświadczenie z nartami biegowymi jest wyjątkowo słabe, a ostatni raz miałem je na nogach ponad 10 lat temu. Miałem więc spore i uzasadnione obawy czy dam radę, dlatego do plecaka zapakowałem buty trekingowe.

Po wcześniejszym rozpoznaniu warunków, okazało się że trasa zainspirowana wypadem Skadi, ze względów na brak śniegu na niektórych odcinkach, jest niemożliwa do zrealizowania. Postanowiłem więc wystartować z Przełęczy Jugowskiej, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tego dnia odbywała się tam fajna impreza „Rodzinne bieganie z Telewizją Sudecką„. Organizatorzy zadbali o odpowiednie przygotowanie tras, jako że zjawiłem się na przełęczy jakoś przed 10:00, a impreza startowała o 11:00, miałem trasę praktycznie dla siebie.

Moje wątpliwości co do słuszności wyboru biegówek szybko się rozwiały, początkowo podejście może nie było w stylu Justyny Kowalczyk, ale z czasem szło już coraz lepiej. Po pewnym czasie lekkość i szybkość przemieszczania się w terenie pozytywnie mnie zaskoczyła.

Pogoda wymarzona, słonecznie, ciepło i śnieżnie. Już przed 12:00 byłem na Wielkiej Sowie. Wchodząc na szczyt spotkałem grupę „rekonstruktor”, którzy o sobie piszą:

Jesteśmy grupą pasjonatów historii z okolic Dzierżoniowa. Rekonstruujemy umundurowanie, wyposażenie i uzbrojenie 58 poznańskiego pułku piechoty z okresu kampanii wrześniowej.

Po raz kolejny spotkaliśmy się na szczycie, gdzie zrobiłem „chłopakom” kilka zdjęć. Pokręciłem się po okolicy, pomachałem żonie do kamery, jest ich na górze 4, a relacja na żywo w internecie dostępna pod adresem wielkasowa.eu. Przybiłem pieczęć w książeczce KGP, popstrykałem wspaniałą panoramę z wieży widokowej i ruszyłem dalej. Robiąc niewielkie koło powróciłem na przełęcz Jugowską.

Szybkość i płynność, zwłaszcza przy zjazdach, wywołała we mnie uczycie jak bym „oszukiwał”. Przyzwyczajony dreptać z ciężkim plecakiem po górach, czułem się nieco zawstydzony że wszytko idzie tak lekko. Ale chyba nie każdy wypad musi boleć jeszcze przez kolejne dni.

 

Pasmo Gór Kamiennych jest jednym z najdłuższych w Sudetach, liczy ok 50km i ze względu na duże różnice
wysokości wymaga Czytaj dalej

Już prawie połowa grudnia a zimy jeszcze specjalnie nie widać, warunki raczej nie sprzyjają wspinaczce Czytaj dalej

W miniony weekend miałem okazję gościć w Karpaczu, dzięki bardzo udanemu zbiegowi okoliczności, upiekłem trzy Czytaj dalej

Rodzinna wycieczka, planowana od jakiegoś czasu, a jej celem jest Skopiec, najwyższy szczyt Gór Kaczawskich. Czytaj dalej

Są takie miejsca, które znamy tylko z widzenia, przejeżdżamy obok i zastanawiamy się jak tam jest.
W moim przypadku do takich Czytaj dalej

Minioną noc spędziłem wraz z Rafałem na Ostrzycy, oddalona od miast i świateł góra miała nam posłużyć jako miejsce z którego będziemy obserwować meteory w roju, zwane Perseidami. Jasny księżyc i mleczne niebo sprawiły że z obserwacji nici. Zaraz po zachodzie słońca, udało nam się zobaczyć kilka przecinających atmosferę meteorytów, ale później chmury zasłoniły resztki widzianego nieba. Przed północą dołączyła do nas Para Ewelina i Marcin(serdeczne pozdrowionka, dzięki za towarzystwo i za kartkę ), przyjechali z Legnicy by tak jak my obserwować Perseidy i popstrykać fotki. Los był nam łaskawy, i mimo chmur, uraczył nas na koniec pięknym widokiem spalającego się w atmosferze meteorytu.